Rozmowa z Panią Zofią Sokołowską – wieloletnią prezeską, wiceprezeską i sekretarzem oraz solistką Miejskiego Chóru „Gorce” w Nowym Targu
- Miłość do muzyki, do śpiewu zawsze ma swoje źródła i inspiracje, nawet jeśli talent jest wrodzony…
- Miasto mojej młodości to Jarosław, Zamość to rodzinne strony, a mój dom rodzinny był bardzo rozśpiewany – ojciec, jako samouk, grał na różnych instrumentach, a mama, ja, siostry, najmłodszy brat – śpiewaliśmy. Pieśń nam towarzyszyła w dniach imienin i w święta. To mi zostało, choć wyjechałam z rodzinnego domu zaraz po maturze, jako 19-letnia dziewczyna. Kilka miesięcy przepracowałam w sekretariacie Technikum Budowlanego, które ukończyłam, a kiedy dyrektor zaproponował mi pracę w krakowskim przedsiębiorstwie, przyjęłam ją z radością. W pracy poznałam męża, rodowitego „krakusa”.
- A Nowy Targ – jak się znalazł w Pani życiorysie?
- Męża wydelegowali do Nowego Targu służbowo, bo budował bloki. Ja pracowałam w biurze. Miało być na krótko, ale dostaliśmy mieszkanie, dzieci się urodziły. Wsiąknęliśmy… I pokochałam Nowy Targ, wrosłam w ten krajobraz.
- Przyszedł też moment, w którym zaczęła się chóralna epopeja…
- Pracowałam wtedy w PZU i któregoś dnia zaśpiewałam w łazience, a usłyszeli to moi trzej koledzy, którzy już byli w chórze. Wtedy akurat Chór „Gorce” łączył się z Chórem Nauczycielskim, prowadzonym przez panią Annę Dworską. Mnie przyjmował do Chóru już profesor Jan Szostek. Próby odbywały się wtedy w stołówce PZGS-u, a przyprowadzili mnie tam koledzy z pracy. Dziwnym trafem profesor wcale mnie nie przesłuchał, tylko powiedział: - Jeżeli pani tak śpiewa, jak wygląda, to będzie z pani pociecha. Ponieważ dyrygent - jednocześnie dyrektor Państwowej Szkoły Muzycznej – był człowiekiem dystyngowanym, wymagającym, z dystansem i o wielkiej kulturze – aż spłonęłam rumieńcem… Do Chóru zostałam przyjęta w październiku 1966 r.
- …i od tej pory chóralne życie wciągało Panią, angażowało coraz bardziej.
- Przez dwie kadencje prezesowałam „Gorcom”, wcześniej sekretarzowałam, później, też przez dwie kadencje, byłam wiceprezeską. W 1993 roku zaczęłam pisać kronikę i nadal ją prowadzę. Teraz powstaje już dziewiąty tom. Przez 40 lat byłam konferansjerką na naszych koncertach – profesor Szostek mnie do tego wyznaczył.
- W latach, kiedy inni mogli tylko pomarzyć o zagranicznych wyjazdach, Chór „Gorce” wojażował po Europie, koncertował niezliczoną ilość razy, zbierał nagrody, I miejsca na festiwalach, dyplomy i podziękowania. A Pani chyba nie brakło na żadnym tournée?
- Jeśli tylko zdrowie mi pozwoliło, byłam na każdym wyjeździe. A jeździliśmy na Słowację, Litwę, Ukrainę, do Czech, Austrii, Francji, Chorwacji, Belgii, Holandii, Włoch, Luksemburga, Grecji, Albanii, Bośni i Hercegowiny. Jeden dzień spędziliśmy nawet w Afryce – w Ceucie na terytorium Maroka. Zwiedziliśmy Lwów, Kijów, Odessę. Na festiwalu chórów w Bułgarii byliśmy kilkakrotnie. „Pociągiem przyjaźni” – za sprawą Ministerstwa Kultury - jeździliśmy na Ukrainę. No i oczywiście spotykaliśmy się z naszym papieżem, Janem Pawłem II.
- To już osobna historia, która ma swój początek w czasie pierwszej Pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny. Opowiemy?
- Spotkania na nowotarskim lotnisku, w czerwcu 1979 r. nie da się zapomnieć. O piątej rano wychodziliśmy sprzed kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, wtedy z profesorem Józefem Grzybkiem. I piechotą na lotnisko, a tam czekał nieprzebrany tłum. Byliśmy młodzi, niosło nas jak na skrzydłach. Śpiewało wtedy Papieżowi 400 chórzystów. Do Jana Pawła II jeździliśmy w sumie siedem razy. Dwa razy – w 1994 i 2000 roku – Papież przyjął nas na prywatnej audiencji, w Sali Klementyńskiej. Przy pierwszym spotkaniu w Watykanie wręczałam Ojcu Świętemu rzeźbę Matki Boskiej w drewnie. Kiedy odwiedzaliśmy Go ostatni raz, 25 września 2000 roku, był już wyraźnie zmęczony, a czekały jeszcze inne pielgrzymki. Kiedy jednak zaczęliśmy śpiewać „Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba…” – mocno wzruszony przystanął, oparł się o futrynę drzwi i bez ruchu słuchał tej pieśni do końca. Wtedy wszystkim nam lały się łzy. Później odwiedzaliśmy już tylko Jego grób.
- Tak bardzo zaangażowana w życie „Gorców”, przez 60 lat miała Pani okazję śpiewać pod batutą wielu dyrygentów. Przypomnimy ich?
- Założyciel Chóru to profesor Józef Grzybek. Jan Szostek – dyrektor Państwowej Szkoły Muzycznej, prowadził naszą grupę przez 25 lat i wysoko postawił poziom wokalny. Efektem były liczne nagrody i I miejsca. Po nim przejęła pałeczkę następczyni na stanowisku, niezwykle ciepła, wspaniała osobowość – Janina Glińska. Krócej prowadzili Chór dyrygentka Katarzyna Śmiałkowska, Joanna Szczerba, Maciej Osiecki, Zbigniew Huptyś, teraz – Dorota Żmuda. Każde z nich dołożyło swoją cegiełkę do sukcesów naszej grupy, rozwoju życia śpiewaczego w Mieście i rozsławiania go poza granicami. Przez wiele lat bazą Chóru była Państwowa Szkoła Muzyczna, teraz spotykamy się w Miejskim Centrum Kultury.
- Dla chórzystki, solistki, konferansjerki, Jubilatki – czym tak osobiście jest Miejski Chór „Gorce”?
- Po rodzinie – to druga połowa mojego życia: radość śpiewu, możliwość występowania na scenie, dzielenia się tym, co piękne, ale – co bardzo ważne – wiele kontaktów, więzi, serdecznych przyjaźni, podróże, mnóstwo wrażeń. Spotykamy się zawsze dwa razy w tygodniu, na dwie godziny, w poniedziałki i czwartki. Ale naprawdę – spędzamy z sobą o wiele więcej czasu. Są to relacje trwałe i mocne. Kiedy byłam po operacji ortopedycznej, odbierałam niezliczone telefony, miałam wiele wizyt i ciągłe pytania: - Kiedy wrócisz? To mobilizuje. Jestem bardzo szczęśliwa, że należę do Chóru.
- O tym, co jest charakterem, osobowością Chóru stanowią właśnie ludzie. Jak by Pani określiła tę indywidualność „Gorców”?
- Jest to grupa przede wszystkim ambitna i ciągle pełna chęci. Bazę repertuaru stanowią rozpisane na wiele głosów kompozycje inspirowane utworami regionalnymi, ale mamy też bogaty repertuar sakralny, patriotyczny i lżejszy. Śpiewamy utwory profesora Józefa Edmunda Titza, którego Jan Kanty Pawluśkiewicz uważa za „drugiego Karłowicza”; po Zosi Kilanowicz przejęliśmy wykonanie pieśni „Nowy Targ”, a jest to kompozycja podniosła i trudna. Śpiewamy też Moniuszkę, Chopina, Maklakiewicza, Jana Pasierba Orlanda, fragmenty „Nieszporów Ludźmierskich” mistrza Jana Kantego – począwszy od premierowego koncertu w Ludźmierzu. Profil jest wyraźnie artystyczny, ale mamy też w repertuarze utwory współczesne, z różnych stron świata. Przez wiele lat uświetniamy powiatowo-miejskie uroczystości, koncertujemy 3 Maja i 11 Listopada. Co roku organizujemy dużo koncertów kolędowych, bo repertuar kolęd mamy naprawdę bogaty. Nagród, wysokich miejsc i dyplomów zdobyliśmy przez te lata mnóstwo, a ja szczególnie cenię laury przywiezione z festiwali chórów nauczycielskich w Poznaniu, ze względu na poziom imprezy, prestiż i rangę. O charakterze naszej grupy na pewno stanowią podhalańskie stroje. One też pracują na wrażenie i efekt, a przede wszystkim wyrażają naszą tożsamość.
- Wiele koncertów i przyjaźni „Gorców” łączy się też z życiem religijnym i konkretnymi parafiami, nawet osobami proboszczów...
- Naszymi nie tylko opiekunami duchowymi, ale i przewodnikami na trasach pielgrzymkowych byli ks. prałat Mieczysław Łukaszczyk, wieloletni proboszcz parafii św. Katarzyny, teraz kustosz kościółka św. Anny na cmentarzu i śp. ks. Stanisław Wojcieszak, proboszcz z Ochotnicy Dolnej, miłośnik ogrodów, kwiatów i malarstwa na szkle. Gościli nas wielokrotnie, okazywali przyjaźń, a my odwdzięczaliśmy się śpiewem. Ks. prałat jeździł z nami do Watykanu, a na 50-lecie Chóru, w 2002 r., odbyliśmy Pielgrzymkę Jubileuszową Szlakiem Sanktuariów Maryjnych po Europie, z zahaczeniem o Afrykę. Towarzyszył nam wtedy ks. Wojcieszak. Kiedy w 2018 r. organizowałam wyjazd do Torunia, na I Festiwal „O Matce Pieśń”, byli z nami obaj proboszczowie. Zdobyliśmy wtedy I miejsce i 10-tysięczną nagrodę. W kościółku św. Anny na cmentarzu ks. prałat zaprosił mnie do czytań, śpiewu i już nazywa „organistką”…
- Śpiew ludzi łączy. Chóralne lata były też czasem przyjaźni z innymi grupami. Do kogo „Gorcom” było najbliżej?
- Naturalna, wieloletnia przyjaźń łączy nas z krakowskim chórem „Organum” Bogusława Grzybka. Wiele lat utrzymujemy też kontakty z chórem „Echo” działającym przy Związku Nauczycielstwa Polskiego w Krośnie. Znajomości zawieraliśmy głównie podczas festiwali, a potem gościliśmy się nawzajem.
- Dodajmy, że do działalności w Chórze na pewnym etapie dołączyła Pani aktywność w teatrze amatorskim, również w nowotarskich Misteriach Męki Pańskiej.
- Tak!.. W amatorskich grupach występowałam ponad 20 lat, a w Misterium – praktycznie od chwili, kiedy zainicjował go przy „nowym” kościele ks. Sławomir Kowalski. Do tej pory utrzymuję kontakt z reżyserem Piotrem Piechą.
- Gdyby – na bazie własnych doświadczeń i przeżyć miała Pani przyciągnąć kogoś do Chóru, jakie padłyby argumenty?
- Tych sześć dekad to były dla mnie lata bardzo piękne. Nie wyobrażam sobie istnienia bez śpiewu. I bez tych serdecznych relacji, więzi. Śpiew to radość, spełnienie i wspólnota. Nawet – jak potwierdzają badacze – samo zdrowie: rozszerza płuca, a krew żywiej krąży. Wyzwalają się endorfiny. Dokładnie tak wyrażał to Beethoven w nieśmiertelnym kanonie: „Jak wielką moc posiada śpiew – rozprasza smutki, koi gniew...”. Kto tylko umie i chce śpiewać – powinien to robić w zespole.
- Najbliższy występ?
- Zaraz po niedzieli, na nowotarskich Dniach Seniora.
- Gratulacje i gorące uściski dla Jubilatki!
(ASz)
Fot. z prywatnego archiwum Zofii Sokołowskiej
Podobne wiadomości
Krajowy Trening Rodzinny Akademii OLiOC