RSS facebook
Dziś mamy: piątek
- 10 kwietnia 2020 roku

101 dzień roku, 15 tydzień roku.
Wschód słońca: 4:58
Zachód słońca: 18:24

Imieniny obchodzą: Antoni, Apoloniusz, Daniel, Ezechiel, Grodzisław, Henryk, Makary, Małgorzata, Michał, Pompejusz

BIP Biuletyn Informacji Publicznej

eUrząd

ePUAP
Znajdź żłobek

Pogoda Serwis pogodowy IMGW
Miejski Ośrodek Kultury
Miejska Biblioteka Publiczna
Miejskie Centrum Sportu i Rekreacji
MMKS Nowy Targ
Nowy Targ - stolica Podhala miasto z 670-letnią historią, określane przez wszystkich Górali jako Miasto.

» więcej o mieście

Nasze Osiągnięcia

ISO9001:2015

#ekoLiderzy2018

JP II Nowy Targ
Nad Dunajcem
Album-Ocalic
NT Szlak Rowerowy
Rowerowy Nowy Targ
PAP Samorząd
Miejska Orkiestra
nowytarg24.tv
PPUZ
NFOŚiGW
Czyste spalanie
Amazonki
Fundacja im. A. Worw
Aeroklub
WKU Nowy Targ
Pakiet dla średnich
Malopolska

Google Translate - tłumaczenie maszynowe strony:

           
Aktualnie stronę ogląda osób: 98
Więcej dostał, niż dał
Więcej dostał, niż dał
Fot. Arkadiusz Sędek

-Ja początkowo nie bywałem w tym kabarecie jako piwniczny artysta, a jako człowiek zakolegowany z Piotrem Skrzyneckim, bo od 70. lat często uczestniczyłem w rozmaitych piwnicznych bankietach i kolacyjkach, np. przy ul. Brogi u Kory i Marka Jackowskich, gdzie piło się spirytus z tabasco - i bynajmniej nie był to spirytus 70 proc.; taki by nie został wpuszczony w tamte brogi - śmieje się Jan Kanty Pawluśkiewicz. Naturalnie przywołuje też życie nocne w mieszkaniu Janiny Garyckiej, no i Piotra, przy placu Na Groblach, gdzie chodziło się po programie kabaretu.

Ale żeby tam iść, trzeba było osobiście usłyszeć od Piotra: "Przyjdź na Groble", a następnie po drodze należało wygubić tych, którzy zaproszeni nie zostali - a to idąc tzw. opłotkami, a to w kierunku wręcz przeciwnym, a to nadmiernie szybko, by wygubić tych już upojonych... A potem już tylko pozostawało wejść przez okno i można było znaleźć się w słynnej kuchni, gdzie rozgrywały się sceny i dramatyczne, i kabaretowe.

Oczywiście podczas tych spotkań, na których bywały tuzy kultury, ludzie z haseł encyklopedii, obowiązywała hierarchia; także w lataniu po wódkę na melinę przy ul. Wielopole 8, do czego służyli głównie debiutanci, acz misja taka to już był duży szpan, choćby dlatego, że ów wysłannik miał zapewnione prawo powrotu, a innym się nieraz drogę powrotu przymykało, bo dość już nabredzili...

A propos tej meliny; zdarzyło się przy okazji jakichś nocnych dysput w mieszkaniu pp. Pawluśkiewiczów, że jeden z gości był tak "rozgrzany", że jeszcze o godz. 11 poleciał na Wielopole... - Panie, co mnie, k...., budzisz, od rana w sklepach sprzedają - irytował się meliniarz.

Po raz pierwszy Jasiek Pawluśkiewicz usłyszał o kabarecie jeszcze w rodzimym Nowym Targu od kuzynki Staszki, która rozpaliła jego wyobraźnię opowieściami o tym, że w Krakowie chodzi się do jakiejś piwnicy, gdzie wszyscy mają czarne swetry i brody... Był 1958 rok. Parę lat później, gdy przyjechał do Krakowa studiować architekturę, postanowił tę piwnicę odwiedzić. Tyle że kabaret był akurat na wygnaniu i występował u Żydów, przy Sławkowskiej. Był 1964 rok. - Pamiętam cyrk Wieśka Dymnego, to było coś niewiarygodnie brawurowego, poza wszelkimi granicami... I Ewę Demarczyk. I entuzjazm publiczności - przywołuje tamte lata Pawluśkiewicz. Wspomina też, jak nocą, podczas balu z okazji 30-lecia kabaretu, przysiadał się do kolejnych grupek piwnicznych bywalców i wysłuchiwał: najlepsze programy były pod koniec lat 50., wspominali jedni, najlepszy czas miał kabaret w początkach lat 60., przekonywali inni, najwspanialsza Piwnica była wtedy, jak już dojrzała Ewa, słyszał przy innym stoliku... I tak dalej. I dobrze wie, że każdy najlepszą Piwnicę nosi w sobie - tę widzianą po raz pierwszy, która najbardziej zapadła mu w pamięć.

W 1967 r. Jan Pawluśkiewicz założył z kolegami swój kabaret Anawa i został Janem Kantym, by wraz z Markiem Grechutą ofiarować melomanom, a zwłaszcza melomankom, pęki czerwonej melancholii, i konika cukrowego... W Piwnicy zaczął bywać jako artysta już sławny. A nawet w niej występować. Tyle że w repertuarze miał raptem dwie przedwojenne piosenki "Inez" i "Bajkę". - Rzadko się więc popisywałem, bo mi było wstyd, że mam wciąż te same dwa numery... Któregoś wieczoru Piotr nalegał, że muszę zaśpiewać, bo nie ma kto występować. Wyszedłem z "Bajką", dość się spodobała, to rozzuchwalony zaproponowałem Piotrowi, że zaśpiewam także "Inez". I Piotr mnie zapowiedział: "Proszę państwa, pan Pawluśkiewicz zaśpiewał już jedną piosenkę, ale w jego opinii na granicy kompromitacji, zatem postanowił, że zaśpiewa drugą i teraz już pokaże naprawdę, na co go stać".

Wieczory, kiedy to nie miał kto wystąpić, miały nieraz przebieg dramatyczny. - Pamiętam wieczór, że był tylko Piotr i pewna dworcowa żebraczka z mandoliną, ja bez akompaniatora też nie mogłem śpiewać. Zatem ona już dwa numery wykonała, bo Piotr wreszcie musiał zacząć program i w tym momencie wpadł Andrzej Warchał. "Zaraz wchodzisz na scenę, bo nie ma nikogo..." - rzucił Piotr, czym tak zdeprymował Andrzeja, że ten dostał całkowitej amnezji. Teksty, od lat mówione, wypadły mu z pamięci. Całkowicie. A Piotr poganiał. Ale od czego bywalcy, którzy kręcili się koło baru. "O jaki tekst chodzi?". No niech będą "Kataklizmy". I zaczęli dyktować: "Panowie - powiedział admirał drżącym głosem. - Sytuacja jest wyjątkowa. Ktoś nam w nocy wodę spuścił z morza". I tak spisano cały tekst. Jeden, a potem kolejny. I Warchał mógł wyjść na estradę.

Miał też Jan Kanty rólkę (- Rólka to za mocno powiedziane...) w pięknym spektaklu Andrzeja Maja wg Gombrowicza, z muzyką Koniecznego i Grechuty, wystąpił również w widowisku o Ambrożym Grabowskim... - Zygmunt Konieczny napisał do tego wiele znakomitych, dziś zapomnianych piosenek, m.in. o mundurze granatowym, śpiewaną przez Mariana Dziędziela. Ileż takich piosenek w Piwnicy przepadło... - wzdycha po latach Pawluśkiewicz.

Sam pierwszą piosenkę dla Piwnicy skomponował przy okazji wernisażu rzeźby "Dafne" Krystyny Borkowskiej. - Janinka Garycka napisała piękny tekst, a ja muzykę na dwa fortepiany, graliśmy z Piotrem Walewskim, a śpiewała Ola Maurer. I potem ta piosenka już nigdy nie zaistniała. Zdarzyło się też, że Piotr dał mi tekst Józefa Szujskiego i poprosił, bym napisał coś dla Szczawnicy na rocznicę jej odkrycia przez Józefa Szalaya. Postanowiłem ambitnie, że będzie to kantata na fortepian. Kondzio Mastyło ze cztery dni ćwiczył, Beata Rybotycka przygotowała interpretację, spotykamy się w Szczawnicy, a Piotr bierze mnie na bok: "Czy by się tego nie dało wykonać na akordeonie?" - "No co ty!" - oburzyłem się. - "Bo, wiesz, ukradli pianino, jeszcze godzinę temu stało tu na skwerze...".

Zamówienia składane przez Piotra, które zrodziły tyle wspaniałych piosenek, były bardzo ważne. - W Piwnicy był ten fantastyczny rodzaj więzi, który narzucał poczucie rzetelności, obowiązku, jak już coś było zamówione, to nie ma tłumaczenia... Mimo totalnej nonszalancji, improwizacji, alkoholu. Można było zawalić kontrakt do filmu, przesuwać terminy nagrań, ale nie wyobrażałem sobie, że jest zamówienie od Piotra, a ja się migam... Raz tylko odmówiłem, bo nie miałem pomysłu na "Pieśni z życia Wazów"; potem ładnie zrobił to Grzesiu Turnau - mówi Pawluśkiewicz. I opowiada, że podobnie było z Michałem Zabłockim. Przyjechała do Piwnicy jego mama, Alina Janowska, przeczytała wiersze syna, a potem Piotr Skrzynecki powybierał niektóre, dając jeden Janowi Kantemu. "Zaklinanie, czarowanie" Anna Szałapak śpiewa do dziś.

Opowieści o Piotrze Skrzyneckim może snuć Jan Kanty długo, choćby o 19 wspólnych wigiliach. - Piotr zawsze przychodził z jakimiś niekonwencjonalnymi prezentami - czapką huzara, chińskim dzwonkiem z porcelany, księgą z XIX wieku, po czym już u nas dopisywał wierszowane dedykacje, zawsze co najmniej 4-linijkowe. Dzieci narzekały na te podarunki, a dziś jakże je sobie cenią...

Nie spotkali się jedynie 24 grudnia 1981 roku. Piotra Skrzyneckiego stan wojenny zaskoczył w Paryżu, i było wiadomo, że tam pozostaje. Już w styczniu Pawluśkiewicz, zaopatrzony w stosowną delegację jako aprowizator firmy żony - Frutorama, co pozwoliło mu przebywać w innym województwie, pojechał do Wrocławia na zgranie muzyki do filmu "Odwet" Tomasza Zygadły. I oto wieczorem na dworcu, czekając na pociąg do Krakowa, zobaczył Skrzyneckiego! Ten, ku zaskoczeniu wszystkich, wrócił do kraju. A towarzyszyli mu poznani w Hamburgu cholewkarze z położonych blisko Krakowa Sułkowic. - Wszyscy byli "ruszeni", a z ich rozmowy szybko zorientowałem się, że kabaret w Sułkowicach jest już sprawą właściwie pewną, wyglądało na to, że od wyjazdu z Hamburga większość rzeczy uzgodnili, zostały jedynie detale; czy estrada ma mieć dwa i pół metra, jak upierał się Piotr, czy może wystarczą dwa metry, bo ta jakaś piwnica to zbyt wielka nie jest, i czy mało rozgarnięta córka właściciela tej piwnicy może odpowiadać za sprzedaż biletów, czy może lepiej, jak tylko zaopiekuje się szatnią... Był też kłopot, bo wejście do tej piwnicy wiodło przez kuchnię. Niemniej sprawa występów kabaretu w piątkowe wieczory w Sułkowicach była uzgodniona. Naturalny był zatem alkohol, który jeden z cholewkarzy załatwił u konduktora, płacąc dwieście marek, co było ceną rekordową. Cierpiał z powodu tego powodu strasznie, ale pocieszał się, że na kabarecie sobie odbije.

Tak, alkohol ma moc rozgrzewania wyobraźni, jak i tę zaletę, że przełamuje schematy myślenia, rodząc rzeczy "co najmniej nieschematyczne" - to przekonanie Piotra przywołuje Jan Kanty z pełną powagą. Oczywiście, niemała część owych pomysłów miała wymiar piwnicy w Sułkowicach, ale inne miały moc wielkich kreacji. - A jak już padała jakaś definitywna deklaracja, to Piotr albo jakiś wybrany ad hoc sekretarz rzecz zapisywał i wszyscy zebrani się podpisywali. Wiele z takich koncepcji na drugi dzień przerażało, a to przekraczało jakiekolwiek możliwości realizacji, ale zapisane zobowiązywały... - mówi żartownie Pawluśkiewicz i dalej opowiada, że nieraz były to kreacje zgoła filozoficzne. Na przykład u niego w mieszkaniu w wyniku wielogodzinnego spotkania uzgodniono, że matriarchat jest najwyższą formą organizacji społeczeństwa. Co zapisano i podpisano. I nie ma w tym nic zdumiewającego dopóty, dopóki się nie spojrzy na drugą stronę kartki, gdzie jest zapis niemal identyczny, tyle że dotyczy patriarchatu.

Zatem trudno nie uznać, że gdyby nie te przełamujące schematy posiady i biesiady, to wiele szalonych na owe czasy pomysłów bali - w Skale Kmity, w Niepołomicah, w Krzeszowicach, i wielkich imprez Piwnicy, jak Wielki Jubileusz Ignacego Józefa Kraszewskiego czy wjazd księcia Józefa Poniatowskiego na Rynek w Krakowie, by się nie odbyło. Oczywiście potem wymagały gigantycznej pracy organizatorskiej, w czym niemała zasługa m.in. Michała Ronikiera.

Jan Kanty Pawluśkiewicz przyznaje, że i na realizację swoich późniejszych paru pomysłów, szalonych, zdawałoby się - jak "Harfy Papuszy" wystawione raz na Błoniach, z wielką aparaturą, orkiestrą, budowanym amfiteatrem - rzucał się mając "z tylu głowy" pamięć o fantazji Piotra i jego przekonaniu, że nie ma rzeczy niemożliwych, tylko trzeba pokonać opór materii.

Naturalnie, gwoli prawdy trzeba dodać i to, że alkohol był i źródłem degrengolady, bo to jednak była "szkoła przetrwania". I nie wszystkim się udało. Jan Kanty Pawluśkiewicz przywołuje rozmowę z Piotrem ojca jednego z piwnicznych bywalców. - Znam to z pierwszej ręki, bo oni byli z Nowego Targu. "Proszę pana, tak się obawiam, że mój syn to się w tej Piwnicy zdeprawuje. On ma dopiero 22 lata...". - Na co Piotr odpowiedział: "Proszę szanownego pana, najmniejszych obaw, on jest już kompletnie zdeprawowany".

Cóż, Piotr w swym oddaniu się sztuce był bezkompromisowy. I ogromnie zaborczy, zdawał się nie uznawać faktu istnienia rodziny. Chodzenie do żony, dzieci to było coś wręcz niestosownego, niejako przypisanego do niskiego statusu. -"Jeśli już, to niech żona będzie z tobą w piwnicy" - przekonywał. "Mam pomysł, żeby Sylwia śpiewała...". To, że żona w ogóle nie ma słuchu, Piotr ignorował, może zakładał, że wystarczy jej znakomite poczucie rytmu... A reszta to kwestia pracy i odpowiedniego repertuaru. W każdym razie przez co najmniej kilka tygodni byłoby się nad czym skupiać.

Cóż, Sylwia Pawluśkiewicz nie stała się artystką kabaretu, a i Jan Kanty mówi, że czuł się zawsze artystą Piwnicy pod Baranami połowicznie. Owszem, trochę występował, napisał ileś piosenek, ale w sumie to o wiele więcej od niej dostał, niż dał...

Print Informacja z dnia 23-11-2006, opublikowana przez: Mariusz Foryt była czytana 3226 razy
Źródło: Dziennik Polski więcej z tej kategorii (Dziennik Polski)

Podobne wiadomości:









Urząd Miasta Nowy Targ, 34-400 Nowy Targ ul. Krzywa 1, tel. 18 2611200
© 2009 Informatyka - Jeżeli widzisz błąd na stronie napisz o tym do nas
Polityka cookies i innych podobnych technologii
Klauzula informacyjna RODO
SLE