RSS facebook
Dziś mamy: czwartek
- 14 grudnia 2017 roku

348 dzień roku, 50 tydzień roku.
Wschód słońca: 8:27
Zachód słońca: 16:41

Imieniny obchodzą: Alfred, Arseniusz, Izydor, Naum, Pompejusz, Sławobor, Spirydion

BIP Biuletyn Informacji Publicznej

ePUAP

Pogoda Serwis pogodowy IMGW
Mapa Monitoringu powietrza
Jubileuszowy Kalendarz Imprez - 670 lat Nowego Targu
Miejski Ośrodek Kultury
Miejska Biblioteka Publiczna
Miejskie Centrum Sportu i Rekreacji
MMKS Nowy Targ
Nowy Targ - stolica Podhala miasto z 670-letnią historią, określane przez wszystkich Górali jako Miasto.

» więcej o mieście

Nasze Osiągnięcia

ISO

SLE

EKOlogiczna Gmina

Więcej Niż Energia

JP II Nowy Targ
Nad Dunajcem
Album-Ocalic
NT Szlak Rowerowy
Rowerowy Nowy Targ
PAP Samorząd
Miejska Orkiestra
nowytarg24.tv
PPWSZ
NFOŚiGW
Czyste spalanie
Amazonki
Fundacja im. A. Worw
Aeroklub
WKU Nowy Targ
Malopolska

Google Translate - tłumaczenie maszynowe strony:

           
Aktualnie stronę ogląda osób: 109

Wspomnienia dawne i najnowsze - Henryk Goldberg

Wstęp. Odkrywanie historii

W liczącej ponad sześć i pół wieku historii naszego miasta jest jeszcze wiele prawie nieodkrytych kart. Często są to karty związane z historią z ostatnich kilkudziesięciu lat. Jedną z nich jest życie codzienne nowotarskiej społeczności żydowskiej w okresie przedwojennym oraz jej losy w okresie drugiej wojny światowej. Była to stanowiąca przed wybuchem wojny ponad 20% mieszkańców Nowego Targu społeczność, która w wyniku holocaustu, zrealizowanego przez Niemców z ich przysłowiową starannością i precyzją, odeszła w niebyt wskutek fizycznej eksterminacji.

Jednym z nielicznych ocalałych przedstawicieli tej społeczności jest doktor Henryk Goldberg. Miasto Nowy Targ było i jest dla niego najpiękniejsze na świecie, pomimo iż od 1949 roku mieszka w Izraelu.

Nowy Targ ma też „magiczną” siłę przyciągania pomimo upływu czasu i biegu zdarzeń. Dlatego też doktor Henryk Golderberg przesłał mi swoje wspomnienia z okresu swojego dzieciństwa i młodości. Wspomnienia te są tym cenniejsze, że zostały przepojone miłością do rodzinnego miasta, o której ich Autor pisze w liście do mnie słowami:

„Całe swoje dzieciństwo i okres dojrzewania zostawiłem w Nowym Targu, konkretnie przy Rynku 34. W roku 1949 wyjechałem do Izraela, gdzie mieszkam do dnia dzisiejszego. Krajobraz gór jednak pozostał we mnie i tkwi tak mocno, że ciągle do niego wracam. Wracam pamięcią do każdego niemal dnia spędzonego w Nowym Targu. Odsłaniam i odkrywam jego piękno w zakamarkach mojej pamięci, cieszę się każdym szczegółem i jestem dumny, że to właśnie Nowy Targ jest miejscem moich narodzin i mojego pierwszego etapu życiowego”.

Doktor Golderberg – lekarz stomatolog, pomimo że w trakcie swojego życia zawodowego pełnił funkcje rządowe w Ministerstwie Zdrowia Izraela, był też przez ponad pięćdziesiąt lat sekretarzem „Ziomkostwa nowotarżan” w Izraelu.

Wspomnienia doktora Goldberga podzielone zostały na okresy: I – do wybuchu drugiej wojny światowej oraz II – przeżycia związane z okresem drugiej wojny światowej.

Niech słowa autora: „chcę pokazać ludziom na moim przykładzie, jak bez pamięci można kochać i jak wiele można wycierpieć” będą dla nas, a szczególnie dla młodego pokolenia nie tylko świadectwem tych czasów, ale i wezwaniem do refleksji i przemyślenia najważniejszych spraw związanych z człowiekiem, jego postępowaniem oraz przemijaniem ludzi i czasu.

Marek S. Fryźlewicz

 

Część I

Dedykuję swoim wnukom: Szaj, Asaf i Jael

Nowy Targ – miasto, w którym przyszedłem na świat – położone jest w województwie krakowskim, niespełna dwadzieścia kilometrów od znanego niemal na całym świecie Zakopanego. To właśnie tutaj, w Zakopanem odbyła się tuż przed wybuchem II wojny w roku 1939 międzynarodowa zimowa olimpiada FIS. Najważniejszymi konkurencjami były wówczas: skoki narciarskie, slalom i zjazd na nartach. Brałem tam czynny udział w charakterze zawodnika, ale i także jako organizator całej imprezy.

Geograficznie nasz okręg należał niegdyś do Austro-Węgier, a Noj Mark to dawna nazwa obecnego Nowego Targu. Miasteczko liczyło kilkanaście tysięcy mieszkańców. Usytuowane było w dolinie między wspaniałymi górami, graniczącymi – z jednej strony – z czeskimi Tatrami stanowiącymi pasmo Karpat, które to letnią porą były miejscem wspinaczek alpinistycznych, natomiast zimą królowały tam sporty narciarskie. Z drugiej zaś strony – w kierunku Krakowa, wznosiły się piękne w swej krasie Gorce, góry, których zbocza były o wiele łagodniejsze, a ich szczyty – Turbacz i Stare Wierchy – odwiedzali wycieczkowicze i narciarze, w zależności od pory roku.

W Nowym Targu są dwie rzeki – Czarny Dunajec i Biały Dunajec, które splatają się ze sobą. Językiem miejscowym od zarania jest gwara góralska. Natomiast jeśli chodzi o stroje typowe dla okręgu podhalańskiego, to obowiązywały tak zwane parzenice na spodniach oraz czarne kapelusze, najlepiej z pawim piórkiem. Region Podhala charakteryzuje się przepięknymi jeziorami oraz obfituje w lasy, gdzie mnogość owoców leśnych jest wprost nie do opisania: i jagody, i maliny, i poziomki, i agrest, i borówki. Nie brakuje w tamtejszych lasach także grzybów. Duża ilość opadów deszczu wpływa korzystnie na wysyp różnego rodzaju grzybów. Miejscowi ludzie trudnili się tutaj przede wszystkim rolnictwem oraz hodowlą baranów. Wypasano je na halach.

W naszym mieście było około trzech tysięcy Żydów. Mieliśmy piękną synagogę i kilka mniejszych domów modlitwy. Żydzi w większości zajmowali się handlem. Jedni byli właścicielami małych sklepików wielobranżowych, inni natomiast należeli do tak zwanych większych kupców. Jeszcze inni stanowili grupę ludzi o wolnych zawodach, takich jak lekarze, adwokaci, bankierzy, inżynierowie. Wśród Żydów utworzyliśmy kluby sportowe Makabi i Hakoach oraz organizacje syjonistyczne Akiba i Haszomer Hacair.

*

Moi rodzice – matka Sara-Rywka z domu Jakubowicz, i ojciec Mozes Goldberg – wydali na świat siedmioro dzieci: trzy córki i czterech synów. Rózia była najstarszą z nas, potem kolejno był Lipek, Jakub, Dawid, ja, Nela i Hela. Mieszkaliśmy w parterowym domku w centrum miasta, na rynku, naprzeciwko ratusza, pod numerem 34. Było tam niewielkie podwórko i ogród, w którym rosło rozłożyste drzewo dające letnią porą dużo cienia. Na samym środku podwórka była najprawdziwsza z prawdziwych studnia, z której pompowało się wodę ręcznie. Natomiast z boku podwórka znajdowały się dwie ubikacje. Dom nasz miał dużą piwnicę, która spełniała rolę pewnego rodzaju składu, magazynu materiałów opałowych, takich jak węgiel, torf i drewniane kłody. Oprócz tego w piwnicy przechowywane były zapasy jarzyn i owoców oraz beczka kapusty kiszonej, którą moje młodsze siostry ubijały nogami – jak to niegdyś bywało.

Nasz dom miał dwa wejścia, jedno z nich było wejściem do mieszkania, a drugie wejściem do sklepu, w którym mój ojciec sprzedawał gotową odzież. Pracowało u nas dwóch krawców, krojczym natomiast był mój brat, Lipek. Ten dom nie był naszą własnością, żyliśmy bardzo skromnie. Ojciec dwa razy w tygodniu wyjeżdżał furmanką z gotową odzieżą do pobliskich miejscowości, aby tam na jarmarkach sprzedawać towar. Mimo iż nasza sytuacja materialna nie była najlepsza, to jednak ojciec zapisał Jakuba, Dawida i mnie do gimnazjum im. Seweryna Goszczyńskiego. Doskonale pamiętam, jak ciężko było ojcu płacić za naszą naukę.

Ojciec mój należał do ludzi liberalnych, jednakże w domu panowała atmosfera religijna, koszerna kuchnia, a wszelkie święta obchodzone rytualnie. W każdy piątek matka zapalała świece i modliła się. Przy jedzeniu obowiązywało u nas nakrycie głowy. Pamiętam, że w ciągu tygodnia jedzenie było bardzo skromne, ale za to w sobotę panował u nas kulinarny raj. Ojciec wracając z synagogi zawsze kogoś przyprowadzał na obiad, bo – jak twierdził – są ludzie w jeszcze gorszym położeniu niż my. Po obiedzie śpiewano „Zmirot”. Ja byłem zwolniony ze śpiewu. Jeszcze w szkole powszechnej, na lekcjach śpiewu, gdy zaczynano gamę, czyli do-re-mi-fa-sol-la, to do fa-so-li nigdy nie doszedłem, bo nauczycielka kazała mi siadać. Nie mam zacięcia muzycznego i nigdy go nie miałem, ale za to w rysunkach nie było lepszego ode mnie. Moje prace o tematyce regionalnej niejednokrotnie wysyłane były na wystawy do Krakowa. Kiedyś do mojego ojca przyszedł nauczyciel rysunków. „Trzeba chłopca koniecznie posłać do Akademii Sztuk Pięknych” – powiedział ojcu. Na co ojciec zabrał mnie do swego pokoju i zaczął mi tłumaczyć, że nawet najlepsi, najznamienitsi malarze o światowej sławie nigdy z malarstwa nie wyżyli, głodowali za życia i cierpieli w niedostatku. Dlatego ojciec mi radził, abym wziął się solidnie za naukę jakiegoś określonego zawodu, abym nigdy nie musiał podzielić losu owych malarzy.

Mój ojciec był bardzo szanowanym obywatelem w mieście. Znał życie od podszewki. Miał niezwykle rozwinięte poczucie humoru oraz zdolności aktorskie. Znany był jako Talmyd Chuchem (po żydowsku), umiał wszystkie piruszim z Raszi i ksiąg żydowskich. Nieraz zachodził do małych domów modlitwy i zaczynał dyskusje z miejscowymi rabinami. A to na przykład o tym, że wierzący Żyd nie może chodzić bez nakrycia głowy, tłumacząc to ściśle według naszych ksiąg. Był lubiany zarówno w kręgach religijnych jak i niereligijnych. A nam, swoim dzieciom, zawsze udzielał fachowych rad z własnego doświadczenia. Na przykład: gdyby któremuś z nas zdarzyło się, że zapyta nas ktoś o nasza sytuację materialną, należy mu od razu odpowiedzieć, że jest ona bardzo dobra. A dlaczego właśnie tak a nie inaczej? Bo przyjaciel będzie się cieszył naszym szczęściem, a wróg będzie pękał z zazdrości. Albo, gdy ktoś cię prosi o jałmużnę – zawsze dawaj, ale z umiarem, według własnych możliwości. Bowiem nikt z nas nie wie, czy przypadkiem jutro my nie będziemy potrzebowali czyjejś pomocy.

Te i inne słowa mego ojca zapamiętałem na zawsze. Były to słowa prorocze, które w moim życiu bardzo mi były pomocne.

*

Koniec roku 1928. Miałem wówczas 10 lat. Byłem najmłodszy wśród rodzeństwa, tak więc wszystkie czynności, jakie należało wykonywać w domu i przed domem, spadały na mnie, bo – jak mawiali moi starsi bracia i siostry – oni są bardzo zajęci. Czułem się poszkodowany. Nawet lekcje z rysunków musiałem za nich odrabiać. Ale to wszystko mogłem jeszcze jakoś znieść. Najgorsze w tym wszystkim było to, że z uwagi na złą sytuację materialną musiałem nosić po nich obuwie i odzież, z których oni wyrośli, a oni paradowali w nowych ubraniach. Jak się przeciwstawiałem, dostawałem od nich lanie. Obiecałem im solennie, że jak tylko dorosnę, to się im odpłacę. A może jeszcze i prześcignę.

*

Było to małe miasteczko i do dziś pamiętam, jak guwernantka latała za chłopcem, starszym ode mnie o rok, z bananem po całym rynku zmuszając go do zjedzenia tegoż owocu. Ja tylko z opowiadania znałem ten egzotyczny przysmak. Heniek Gunsberg – tak się ten chłopiec nazywał– pochodził z jednej z najbogatszych rodzin w Nowym Targu. Jego ojciec – Markus Gunsberg był właścicielem pięknego domu. Zajmował się eksportem i importem. Zaraz obok domu znajdowała się jego duża hurtownia na placu. Miał trzech synów: Dolka, Kubę i Henka. Kuba posiadał wiele własnej inicjatywy. Stworzył kilkunastoosobową grupę swoich rówieśników. Większość tych chłopców pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin. Swoją siedzibę mieli na pierwszym piętrze. Warunkiem dostania się do tej grupy było przyniesienie dziecięcej trąbki i korkowca. Koniecznie chciałem być w tej grupie, prosiłem zatem rodziców, aby mi kupili wymagane „atrybuty”. Niestety, odmówili.

I nagle, zupełnie przypadkiem zobaczyłem pięciozłotową monetę leżącą na stole. Bez namysłu wcisnąłem ją do kieszeni, po czym udałem się do sklepu z zabawkami. Okazało się później, że ta moneta należała do mojej najstarszej siostry, Rózi, a Jakub, mój brat, wyśledził, że to właśnie ja zabrałem te 5 złotych ze stołu. No i rozmowa z ojcem mnie nie minęła. Pierwszym pytaniem zadanym mi w pokoju przez ojca było, czy ja zdaję sobie sprawę z ogromu przewinienia. W każdym razie „dokonałeś kradzieży – kontynuował mój ojciec – a ja nie mogę sobie pozwolić, aby mój syn mógł coś takiego zrobić”. I wymierzył mi karę w postaci kilku mocnych klapsów. Z płaczem przyrzekłem ojcu, że to się nigdy więcej nie powtórzy.

Przyjęto mnie do tej wojowniczej grupy. Musiałem złożyć przysięgę wierności. W pustym pomieszczeniu magazynowym, przystosowanym odpowiednio przez Kubę Gunsberga, ćwiczyliśmy obronę przed napaścią chuliganów. Były to ćwiczenia zarówno sportowe, jak i cyrkowe. Zimową porą urządziliśmy sobie nawet skocznię z dachu na pierwszym piętrze. Wewnątrz naszej „bazy” stał nieco prymitywny stół do ping-ponga, ale dla nas był on prawdziwym cudem. To była nowość w mieście. Ja byłem troszeczkę za niski do tego stołu. Wystawało mi zza niego jedynie pół głowy. Ale to mi wcale nie przeszkadzało.

*

Moja mama była typową Jidysze mame. Pracowała od wczesnego rana do późnej nocy. Pamiętam, że zawsze nas krytykowała, gdy robiliśmy plany wycieczki w góry. Mimo że nigdy nie wyrażała zgody na takie eskapady, wiedzieliśmy, że jak tylko wstaniemy rano, to kanapki będą już na nas czekały. A gdy będziemy wracać, przywita nas czekając w progu, aby się czym prędzej upewnić, ze jesteśmy cali i zdrowi.

Moja siostra, Rózia, w dzieciństwie zachorowała na polio, co w rezultacie spowodowało paraliż obu nóg. Rózia była samoukiem, kochała książki. Jej najbliższymi koleżankami były nauczycielki języka francuskiego i niemieckiego. Rózia zawsze służyła dobrą radą, więc każdy z nas, gdy tylko potrzebował, zwracał się do niej. Mimo kalectwa prowadziła szeroką korespondencję z ludźmi z kraju i z zagranicy. Pierwsza biblioteka i wypożyczalnia książek były w jej rękach. Znała na pamięć wszystkie swoje książki, dlatego też z łatwością mogła każdemu doradzić, jaką książkę powinien wypożyczyć – wszystko zależało oczywiście od zainteresowań i intelektu wypożyczającego. Prowadziła bogate życie towarzyskie i dzięki niej nasz dom stał się w mieście oazą kultury

i miejscem spotkań inteligencji żydowskiej. Przychodziły do Rózi między innymi siostry Reibszajd, Kanengiserzy, Stein, Spira, Gipta i wiele, wiele innych, którzy z czasem stali się stałymi gośćmi mojej siostry. Przykre w tym wszystkim było jedynie to, że Rózia była skazana na pomoc swoich braci, gdyż innych możliwości poruszania się nie miała. Zawsze któryś z nas wnosił ją na rękach do fiakra (rodzaj dorożki konnej), gdy chciała „wyjść” trochę z domu. Było to kłopotliwe, ale jedynie w ten sposób można było jej pomóc. Często siadywała w oknie czytając lub robiąc na drutach swetry z opracowanymi przez samą siebie ornamentami.

*

Początek lat trzydziestych. Ojciec zainwestował wszystkie swoje oszczędności w rozwój firmy drzewnej prowadzonej przez dwóch poważnych ludzi interesu. Niestety, firma ta zbankrutowała, a ojciec stracił wszystko, co miał. Rózia doskonale rozumiała tę sytuację i zamieniła swoją czytelnię na wypożyczalnię książek za opłatą. Wielokrotnie słyszałem ją płaczącą z tego powodu w swoim pokoju. Jej stan psychiczny zaczął się pogarszać. Tym bardziej, gdy poznała młodego człowieka gotowego żenić się z nią pomimo jej kalectwa. Ów młody mężczyzna nie był Żydem. Nie pomagały perswazje ojca i braci, że gdy euforia romantyzmu minie, wówczas nacisk i wpływ otoczenia – i tak mało przychylnego naszemu narodowi – może doprowadzić ją na skraj przepaści, szczególnie że najbliższa rodzina będzie za daleko, by w porę jej pomóc. Ojciec z całą wyrozumiałością dla zaistniałej sytuacji tłumaczył, że nie może pozwolić Rózi na popełnienie takiego życiowego błędu, aby wiązała się z kimś o innej narodowości.

*

Lipek, mój brat, znany był w mieście z tego, że nikt nie mógł go zwyciężyć „na położenie ręki”. Fizycznie był bardzo silnym człowiekiem. W interesach ojca był prawą ręką. Kiedy byłem uczniem pierwszej klasy gimnazjum, jakiś chłopiec bardzo mocno mnie uderzył. Przyszedłem do domu zakrwawiony. Lipek – jak mnie zobaczył w takim stanie – chwycił kawał drzewa i już chciał lecieć do szkoły spuścić lanie sprawcom tego incydentu. Ale zdecydowana interwencja ojca zahamowała chęć zemsty Lipka.

*

Jakub. Miał wielkie powodzenie u dziewcząt. Do przesady dbał o swój wygląd zewnętrzny. Był doskonałym kulturystą i wyróżniał się w miejscowym klubie sportowym. Kiedy w domu komuś potrzebna była pierwsza pomoc medyczna, Jakub fachowo jej udzielał. Robił to najlepiej. Po ukończeniu gimnazjum rozpoczął naukę w instytucie sportowym, a w ciągu kilku lat poprzedzających wojnę pracował jako nauczyciel wychowania fizycznego w Jaśle. Oprócz tego prowadził naukę pływania oraz sportów lekkoatletycznych.

Latem 1939 roku, a więc tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej, przyjechałem do Jakuba wraz z bratem Dunkiem (Dawidem) w odwiedziny. Poszliśmy na spacer nad San, Jakub ze swoja dziewczyną i my obaj. Jakub opalał siê kilkadziesiąt metrów dalej na piasku a ja wszedłem do rzeki. Woda sięgała mi aż po samą szyję, a że nie byłem dobrym pływakiem, płynąłem z nurtem w stronę Jakuba. Tam rzeka się rozwidlała, chciałem zatem dopłynąć do brzegu, ale nurt był silniejszy ode mnie. Próbowałem stanąć, ale okazało się, że jestem bardzo głęboko pod wodą. Zebrałem w sobie wszystkie siły i odbiłem się, by unieść swoje ciało nad powierzchnię wody. Wykonałem rozpaczliwy ruch ręką tak, by Jakub zobaczył. Jak się później okazało, on nawet nie przypuszczał, że to ja mogę być w wodzie, a raczej pod wodą. Wskoczył do rzeki, a ja tymczasem znalazłem się bardzo głęboko pod wodą. Całe moje życie błyskawicznie przemknęło mi przed oczyma i już myślałem, że Jakub nie zdąży z pomocą. Postanowiłem skrócić swoje cierpienia i chciałem zacząć łykać wodę. Nagle czuję, że ktoś silnymi ruchami popycha mnie w plecy. To Jakub, on to robił bardzo fachowo, a ja nie panując nad sytuacją próbowałem złapać go za rękę, co zdecydowanie utrudniłoby całą akcję ratunkową. Holował mnie do brzegu. Dopiero gdy poczuliśmy grunt pod nogami, Jakub energicznie złapał mnie pod pachy i wyprowadził na brzeg. Obaj padliśmy na piasek wykończeni fizycznie wielkim wysiłkiem, no i, co tu ukrywać, wielkim przeżyciem. Tymczasem jego dziewczyna cały czas krzyczała o pomoc. Okazało się, że kąpiel w tym miejscu jest zabroniona, o czym – po czasie – przeczytaliśmy na tablicy ostrzegawczej. Tyle o Jakubie.

Dawid (Dunek) natomiast, mój kolejny brat, był moim kompanem przez cały czas trwania drugiej wojny światowej.

Nela, to następna z moich sióstr. Młodsza ode mnie. Przynosiła nie tylko mi, ale i całej rodzinie wiele powodów do dumy swoimi osiągnięciami sportowymi. Na Makabiadzie zimowej, jaka miała miejsce w Zakopanem, zajęła pierwsze miejsce w biegach narciarskich. Była piękna dziewczyną, niezwykle utalentowaną. Grała w teatrze, śpiewała, a oprócz tego zawsze znalazła czas, aby pomóc matce na gospodarstwie. Można było na nią liczyć w każdym miejscu i o każdej porze.

Zginęła, gdyż nie chciała rodziców zostawić samych. Po latach mój kolega Musiek opowiadał mi, jak bardzo prosił Nelę, aby z nim uciekła, jednakże ona za żadne skarby nie chciała opuścić ani rodziców, ani swoich dwóch sióstr. Taki to był wspaniały człowiek. Jeszcze dzisiaj, gdy o tym wspominam, ciarki mi przechodzą po skórze.

Hela, najmłodsza moja siostra, należała do ludzi bardzo cichych, nigdy nie podnosiła głosu. Była doskonałą uczennicą. Wykonywała wszystko to, co zostało jej zlecone. Dbała o swój wygląd, dbała o czystość i porządek. Obie z Nelą należały do organizacji syjonistycznej Akiba. Niestety obie też zginęły w obozie śmierci, podobnie jak nasza matka. Natomiast ojciec i najstarsza siostra Rózia zginęli z rąk Niemców.

Ja przeżyłem, gdyż dane mi było przeżyć. W każdej wolnej chwili sięgam do książek, które należały do mojej rodziny i które miały olbrzymi wpływ na moją psychikę. Kształtowały ją. Byłem bardzo ambitnym chłopcem. Zawsze lubiłem się wyróżniać wśród innych, zarówno w sporcie, jak i w innych zabawach z rówieśnikami.

Spotykaliśmy się z grupą chłopców na placu Elektrowni, aby sobie pograć w piłkę. I tu ciekawostka – to nie była normalna piłka, jaką się obecnie używa; nasza piłka zrobiona była z odpadków materiałów. Pamiętam też grę w tak zwaną pliszkę i palestrę. Trzeba było mieć jeden długi kij i dwa krótsze. Kiedy uderzało się krótkimi kawałkami, jeden znajdował się w powietrzu, a tymczasem uderzeniem długiego kija należało wyrzucić jak najdalej ten mały drewniany krążek. Dziś już takich zabaw nie ma. Zanikły. Zostały wyparte przez technikę.

Nasze podwórko graniczyło z jednej strony z podwórkiem rodziny Folkman i Gray – to byli nasi najbliżsi sąsiedzi, z drugiej zaś strony mieszkała rodzina Morgenbesser i dr Goldner. Tak więc wszystkie dzieci z wymienionych wyżej rodzin były w bardzo bliskim kontakcie, aż do wybuchu wojny. A nawet i w późniejszym okresie mego życia Musiek Gray był moim najlepszym kolegą, i wtedy, i w czasie wojny, i po wojnie – już w Izraelu. Razem z nim uczyliśmy się w tej samej klasie aż do zakończenia gimnazjum. Razem chodziliśmy na wycieczki, oczywiście piesze, aby podziwiać piękno naszych gór. Zimą zamiast gimnastyki mieliśmy naukę jazdy na nartach. I rzeczywiście, u nas w domu każdy miał swoje narty.

Pamiętam też, że każdy z nas – mówię tu o moim rodzeństwie – należał do organizacji syjonistycznych. Często chodziliśmy na różne spotkania, gdzie oprócz pogadanek ściśle związanych tematycznie z syjonizmem uczyliśmy się także orientacji w terenie. Można rzec, że stanowiliśmy pewnego rodzaju grupę „skautów”. Mieliśmy nawet specjalne koszulki i krawaty. Wiedza, którą zdobyłem w organizacji bardzo mi się przysłużyła w trakcie mojej ucieczki z Zakopanego w dniu 1 września 1939 r. W dniu wybuchu drugiej wojny światowej. Pamiętam jak dziś, że było to w piątek.

Z tamtego okresu pozostało mi jedynie kilka zdjęć moich sióstr, a to dzięki Rózi Natowicz, jednej z aktywistek Akiby. Ona wyszła za mąż za Olka Folkmana i wyjechała do Palestyny, jeszcze przed wybuchem wojny. Darzę ją ogromnym szacunkiem i poważaniem. To właśnie ona przyczyniła się do wydania przez Ziomkostwo Nowy Targ i Okolice książki o martyrologii żydostwa podhalańskiego w czasie drugiej wojny światowej1 . Uważam tę książkę za dzieło, które zupełnie przypadkowo pomogło mojemu kuzynowi z Krakowa, Mońkowi Mandelbergowi odnaleźć nas po pięćdziesięciu latach rozłąki. Trzeba w tym miejscu dodać, że Moniek mieszka obecnie w Los Angeles (USA).

Do naszej organizacji syjonistycznej należał także brat Rózi, Moniek. Nie ukrywam, że był moim największym konkurentem w Akibie. Pamiętam jak dziś, że we wszystkim rywalizowaliśmy ze sobą. Pewnego razu podczas jakiejś uroczystości w synagodze pokłóciliśmy się o to, kto ma nieść nasz sztandar. Nie rozmawialiśmy ze sobą aż do wybuchu wojny. Obiektywnie rzecz biorąc, trzeba zaznaczyć, że Moniek był niezłym sportowcem – tuż przed wojną należał do czołówki polskich skoczków na krokwi w Zakopanem. Za to byłem dla niego pełen podziwu.

Kiedy przyjechałem do kraju w 1949 roku, dowiedziałem się, że Moniek uratował się z pożogi wojennej, że przeżył KZ i obecnie mieszka w Jerozolimie. Nie zwlekając udaliśmy się z moją żona Klarą z wizytą do niego. Nasze spotkanie było bardzo, bardzo wzruszające. Wspominaliśmy młodzieńcze lata i zgodnie doszliśmy do jednego wniosku, że ten broges, to była prawdziwa dziecinada.

*

W mojej klasie w gimnazjum im. Seweryna Goszczyńskiego było nas czterech Żydów na 32 uczniów. Niewiele nazwisk pamiętam z tego okresu, jedynie dwóch nauczycieli: Mróz i Milczanowski. Mróz był bardzo wyrozumiały dla uczniów, natomiast Milczanowski był impulsywny, a w stosunku do uczniów żydowskich bardzo srogi. Miał bzika na punkcie czystości języka polskiego. Wiedzieliśmy, że swego czasu miał on katedrę w jakimś dużym mieście, ale popełnił jakieś wykroczenie, za co został wydalony. Zdaje mi się, że wyrzucił studenta przez okno z pierwszego piętra. To był dziwny człowiek. Gdy zimą klasa wychodziła na pobliskie zbocza górskie, to on wyrąbywał lód i kąpał się w przerębli.

Razem ze mną w jednej klasie uczyli się: Musiek Gray, Nusiek Lezerkiewicz i Henek Singer, a także Tadeusz Zapiórkowski, który pięćdziesiąt lat później piastował funkcję naczelnika miasta (niegdyś nazywało się to: starosta lub burmistrz miasta).

Henek Singer był moim partnerem do ping-ponga. Niejednokrotnie obaj dochodziliśmy aż do finału, a w grze deblowej byliśmy najlepszą parą na cały okręg. Uczniom nie wolno było przynależeć do takich klubów, jak Makabi, dlatego w sprawozdaniach sportowych nazywano mnie po prostu „Katan”.

Miałem też kolegę, Henka Hendlera, który był technikiem dentystycznym, pracował u stomatologa Monderera. Bardzo często bywałem u niego w domu, on pięknie malował. Lubiłem oglądać jego malowidła. Natomiast w jego pracowni technicznej zdradzał mi tajemnice zawodowe.

Po ukończeniu gimnazjum musiałem odbyć jeszcze dwuletnią naukę w Liceum, aby zrobić maturę. Ale to nie było takie łatwe. Któregoś dnia ojciec poprosił mnie do swego pokoju na rozmowę, by mi oświadczyć, że niestety muszę się pożegnać ze studiami, gdyż nadeszły bardzo ciężkie czasy. Hydra antysemityzmu podniosła głowę. Hitler doszedł do władzy. Rozpoczęły się nagonki na Żydów i coraz więcej było antysemickich ekscesów. Przed naszym sklepem w rynku stali młodzi chłopcy z partii „Endeków” nie dopuszczając Polaków do wejścia – tłumaczył mi ojciec. Widziałem w jego spojrzeniu wielki ból i troskę. Wcale nie musiał mi tego wszystkiego tłumaczyć, gdyż doskonale znałem nasza sytuację materialną. Byliśmy u progu załamania finansowego, dlatego jasne było, że ojca nie stać na opłacenie czesnego w Liceum. Ale ojciec nie omieszkał dodać, że ma do mnie pełne zaufanie i wierzy, że jeszcze w życiu osiągnę wielkie sukcesy. Większe niż moi bracia, bo mam głowę do nauki, talent i złote ręce. Faktycznie, w całej mojej rodzinie ja jeden potrafiłem naprawić wszelkie usterki w domu.

Podjąłem naukę techniki dentystycznej. Po jakimś czasie przeczytałem anons w gazecie, że dr Flaumenhaft z Zakopanego poszukuje technika dentystycznego do pracy w nowoczesnym laboratorium. Z dobrą zapłatą i pełnym utrzymaniem. Zgłosiło się nas dziewięciu, w tym ja. Aby otrzymać tę pracę, należało przejść kilka egzaminów z zakresu modelacji z wosku oraz maksymalnej szybkości ustawienia zębów w protetyce. Miałem to szczęście, że to właśnie mnie dostała się ta praca. I tak rozpocząłem swa karierę w Zakopanem jako kierownik laboratorium dentystycznego z pełnym utrzymaniem i mieszkaniem. Mój pracodawca wielokrotnie radził się mnie co do prac technicznych, a w szczególności w estetyce.

Pewnego dnia zaproponował mi, abym zrobił kurs w Wiedniu. To była nowość – porcelanowe koronki i mostki oraz technika wykonywania protez z nowego materiału, zamiast kauczuku Hekolit i Parve X. Formułą chemiczną tego nowego materiału był Methyl Metacrylat Resin. Należało wypalać porcelanowe korony na folii platynowej. Do tego celu trzeba było kupić UDO piec elektryczny i porcelanę w proszku firmy Vita i Wienanda do Hekolitu specjalną prasę z Haubą.

Na kursie zaprzyjaźniłem się z niejakim Blechem (austriacki Żyd), który nota bene zdążył mnie odwiedzić w Zakopanem jeszcze przed wybuchem wojny. Trzydzieści lat później, będąc w składzie dentystycznym Fussa na ulicy Allenby w Tel Awiwie, zacząłem opowiadać o kursie porcelany w Wiedniu, gdy nagle ktoś klepnął mnie po ramieniu i mówi po niemiecku: Das sie sind Herr Goldberg. Ich bin gewesen noch vor der Krieg bei Ihnen in Zakopane. Sie haben mich vergessen ich heise Blech.

Zarabiałem bardzo dobrze, zawsze byłem dobrze ubrany, a każda wolną chwilę wykorzystywałem na pobyt w górach i jazdę na nartach. W Zakopanem było dużo pensjonatów, których właścicielami byli Żydzi. Zależało im bardzo, aby ich goście mogli spędzić urlop w gronie młodych chłopców, gotowych pokazać im góry w całej krasie, a w nocy dotrzymywać gościom towarzystwa na wszelkiego rodzaju potańcówkach.

Pracowałem w szybkim tempie i stale ulepszałem swoja technikę. Mój pracodawca, na moją prośbę zamówił dla mnie niemieckojęzyczny miesięcznik techniczny, gdzie pokazane były dokładnie szczegóły wykonania różnych prac w protetyce oraz nowe patenty w tym dziale. Do Zakopanego przyjeżdżali ludzie z całego świata i nie raz się zdarzało, że moimi gośćmi byli technicy o międzynarodowej sławie. Bywało również i tak, że przychodzili do nas ludzie ze świata sztuki, ogólnie znane osobistości, a to ze złamaną lub pęknięta protezą, a to po nieszczęśliwym wypadku w górach. Ja zawsze służyłem im pomocą. Czasem tej pomocy udzielaliśmy razem z moim pracodawcą, ale zdarzało się również, że jak on wyjechał na jakiś kongres a ktoś potrzebował pomocy, radziłem sobie zupełnie dobrze. Bardzo wiele nauczyłem się pracując u niego w charakterze asystenta w chirurgii dentystycznej.

Na przełomie 1938 i 1939 roku mój brat Lipek ożenił się z Zyśką z Nowego Sącza. Dużym problemem u nich w domu było to, że Lipek kategorycznie odmawiał wiązania krawatu na szyi twierdząc, ze jest to burżuazyjny zwyczaj, który wykracza poza jego światopogląd.

W Nowym Targu nadal mieszkali moi rodzice, Lipek, Rózia i Hela. Nela szykowała się do wyjazdu do Katowic, gdzie pracował Dawid. Jakub pracował jako nauczyciel gimnastyki i sportu oraz jako trener piłki nożnej w miejscowej drużynie w Jaśle.

 

Część II

Kiedy zasiadłem do napisania pierwszej części moich wspomnień, przez myśl mi nawet nie przeszło, że zdobędę się jeszcze kiedyś na napisanie części drugiej. Tak ciężko jest przecież wspominać – zwłaszcza najtrudniejszy okres w życiu, jakim była druga wojna światowa. A jednak....

Wszystko to czynię z zamysłem pozostawienia po sobie kilku zapisanych kart historii. Historii, której scenariusz napisało życie. Historii, której byłem zarówno świadkiem, jak i uczestnikiem. Historii, która – mam głęboko nadzieję – już się nigdy nie powtórzy.

Moją wczesną młodość spędziłem w miejscu mego urodzenia w Nowym Targu. Miasto otoczone zboczami górskimi. Z jednej strony Tatry, z drugiej Gorce. Pamiętam tę wspaniałą panoramę górską, którą zawsze podziwiałem

i której do ostatnich moich dni nie zapomnę.

Zimą każdą wolną chwilę wykorzystywałem na narty i w góry. Urok tych miejsc ani na chwilę mnie nie opuszcza. Latem – spacery po łagodnych zboczach Turbacza i Starych Wierchów, Czarny Dunajec i Biały Dunajec – tu się spotykają. Pamiętam do dnia dzisiejszego ostatnią zimową olimpiadę FIS tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i takich sławnych narciarzy, jak Marusarz czy Bronek Czech. Tatry, te przepiękne góry, Morskie Oko, Czarny Staw, Hala Gąsienicowa, Goryczkowa, Kalatówki, Kasprowy, Giewont i wiele, wiele innych cudów natury.

O, Boże, ileż przyjemnych wspomnień łączy mnie z tą okolicą. Czułem się zrośnięty z ziemią podhalańską, z jej folklorem i naturą...

Nauka w gimnazjum im. Seweryna Goszczyńskiego dała mi dobre podstawy do zmierzenia się z życiem i jego trudnościami. Królowie polscy, począwszy od Piastów i Jagiellonów byli oczywiście moimi królami.

Proza i poezja polska były moją lekturą. Do wybuchu drugiej wojny światowej czułem się – i mam wrażenie, że większość młodzieży żydowskiej także – w każdym calu Polakiem wyznania mojżeszowego.

Od tego czasu minęło przeszło pięćdziesiąt lat. Napisałem pod wpływem nacisku mojej bliskiej Rodziny historię moich przeżyć w czasie drugiej wojny światowej. Wiem i zdaję sobie sprawę, że nie mam i nigdy nie miałem żadnych zdolności literackich i dlatego proszę o wybaczenie i wyrozumiałość dla ewentualnych błędów i wypaczeń w moim tekście.

*

Ja, Henryk Goldberg, u schyłku mego życia postanowiłem (nie wiem, czy mi się to uda?) odtworzyć dzieje i przebieg lat 1939–1945.

Urodziłem się w roku 1918. Do wybuchu wojny mieszkaliśmy – to znaczy bł.p. ojciec, matka, trzy siostry i czterej bracia – w Nowym Targu na Podhalu, w okręgu górskim, w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Po zakończeniu nauki w gimnazjum im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu, nie posiadając możliwości finansowych, aby studiować, podjąłem pracę u lekarza dentysty Flaumenhafta w Zakopanem.

Moje opowiadanie zacznę od dnia wybuchu wojny, tj. od 1 września 1939 roku.

W piątek o godzinie 6 rano z ulicy wdziera się rwetes, szum pojazdów i głosy przerażenia. Wyglądam przez okno, wychodzące na ulicę Krupówki i widzę panikę. Szybko się ubrałem i wybiegłem na ulicę. Chaos i tumult. Niemieckie wojska przekraczają granicę. Spotkałem się z kilkoma kolegami, po czym pobiegliśmy do koszar wojskowych, by otrzymać broń dla odparcia najeźdźcy. Niestety, koszary były puste. Postanowiliśmy zatem uciekać w kierunku Nowego Targu. Nie szliśmy szosą, lecz zboczami górskimi, na przełaj przez lasy i pola. Już wtedy rozumieliśmy, że możemy wpaść w ręce Niemców. Zanim dotarliśmy do Nowego Targu, niemieckie czołgi były już przed nami. Ominęliśmy miasto i ruszyliśmy dalej w głąb Polski. Stanowiliśmy małą grupę młodych ludzi o dobrej kondycji fizycznej. W ciągu kilku dni dotarliśmy do Tarnowa. Tam udaliśmy się do koszar wojskowych, aby otrzymać pozwolenie na spotkanie z jakimś wyższym oficerem. O dziwo, przyjęto nas bardzo ładnie. Oficer nie mógł się nadziwić, że żydowscy chłopcy zgłaszają się dobrowolnie, by bronić Polskę przed okupantem. Przydzielono nas do odpowiednich grup na ćwiczenia i zakwaterowano nas. Nakarmiono, bo po prostu byliśmy bardzo wygłodniali.

Pierwsze rozczarowanie spotkało nas zaraz na początku. Nie dostaliśmy umundurowania, tylko spodnie (i nie zawsze odpowiednie), gdyż broń i mundury miały nadejść lada dzień. Pierwsze godziny w koszarach i już smak wojny. Huczą syreny. Samoloty niemieckie rzucają pierwsze ładunki bomb. Pomyślałem sobie, ze sami weszliśmy w miejsce najbardziej niebezpieczne – „Obiekty wojskowe”. I zanim zaczniemy z nimi walczyć, już nas nie będzie. Tymczasem armia niemiecka parła naprzód i zanim dostaliśmy broń i mundury, otrzymaliśmy rozkaz ewakuacji i zaciągnięcia się do najbliższych oddziałów wojska polskiego. Kto miał broń i wyszkolenie wojskowe, na własną rękę mógł odpierać ataki Niemców.

Sześciu nas, młodych ludzi, w tym pięciu z Tarnowa, postanowiliśmy ruszyć razem, by dogonić polskie oddziały wojskowe. Niestety, my piechotą, mimo naszej tężyzny, nie mogliśmy dogonić żadnej jednostki wojskowej. Wpajano nam, że polska armia jest niezwyciężona i że ani guzika nie oddamy. Nad nami widzieliśmy tylko wrogie samoloty. Tłumy pieszych uciekinierów, furmanki i różne inne środki lokomocji przewalają się po wszystkich drogach. Nasza grupa stara się unikać głównych szos. Niemieckie samoloty ostrzeliwują z karabinów maszynowych bezbronną ludność.

W Tarnowie zadbaliśmy o prowiant na drogę. Na szczęście pogoda dopisywała. Armia niemiecka posuwała się szybko naprzód. Dzień w dzień maszerowaliśmy dziesiątki kilometrów. Czasem mieliśmy szczęście przenocować

w jakimś szałasie czy stodole na sianie. Każdy z nas miał w swoim plecaku ciepły koc, którym przykrywaliśmy się w nocy. Musieliśmy być bardzo czujni i ostrożni, bo zdarzało się bardzo dużo wypadków rabowania.

Zawsze dwóch z nas było na straży. Strach przed Niemcami gnał nas do przodu. Nie miałem żadnej możliwości skontaktowania się z rodziną w Nowym Targu – to nie dawało mi spokoju. W większości wypadków z miast uciekali młodzi ludzie, przeważnie mężczyźni, gdyż w tym czasie uważano, że kobietom to chyba nic nie grozi.

Jaka to była straszna pomyłka – to przyszłość pokazała. Teraz widzę, jaki błąd popełniłem, że czekałem dziesiątki lat, by opisać te zdarzenia. Dziś widzę, że bardzo wiele różnych zdarzeń z tego okresu wymazało się z mej pamięci.

Byłem wówczas bardzo naiwny i oczywiście bez żadnego doświadczenia życiowego. Teraz, gdy piszę te słowa, dopiero oceniam, jakie kolosalne szczęście mi sprzyjało. Przekroczyliśmy rzekę San i naszym celem było miasto Kraśnik, a następnym etapem Chełm. Spotykamy tłumy uciekinierów i razem z nimi kierujemy się w stronę miasteczka Kowel. Jesteśmy już blisko granicy rosyjskiej.

Nigdy nie miałem nic wspólnego z komunizmem i dlatego Rosja była dla mnie krajem obcym. Przekroczenie granicy tego kraju nie wchodziło w rachubę. Dowiadujemy się, ze Warszawa padła i wojna się skończyła. Co robić dalej? Po naradzie postanowiliśmy wrócić do Tarnowa. Jeszcze wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, do czego są zdolni Niemcy.

W drodze powrotnej wchodzimy do miasteczka Krasnystaw. W tym momencie my, uciekinierzy zostaliśmy otoczeni przez żołnierzy niemieckich, którzy zaprowadzili nas do jakiegoś budynku. Zamknięto nas w jakiejś lecznicy, gdzie również była przychodnia dentystyczna. Wszyscy stamtąd uciekli, a na podłodze walały się różne instrumenty, wśród których znalazły się także kleszcze dentystyczne. Bez chwili namysłu włożyłem je do kieszeni.

Okazało się później, ze wszystkich uciekinierów, także kobiety i dzieci, wsadzono do szkół, do więzień, gdzie tylko było można. Trzymano nas tam zamkniętych przez kilka dni bez jedzenia, a potem zgromadzono na placyku

i rzucano kawałki chleba, by fotografować, jak wygłodniali rzucamy się, by coś włożyć do ust. Po jakimś czasie jakiś oficer z tłumaczem zebrał nas wszystkich i oświadczył, ze wojna się skończyła, że teraz zaprowadzą nas do Janowa Lubelskiego i stamtąd każdy z nas uda się do swego miejsca zamieszkania. Uformowano kolumny i zaznaczono, że kto wyjdzie i nie będzie dotrzymywał kroku – tego zastrzelą. Maszerujemy tak już parę godzin, nagle zaleciał mi w nozdrza zapach gotowanych kartofli. Widziałem z odległości 15–20 metrów, jak wnieśli duży parujący kocioł do jakiegoś pomieszczenia. Wtem rozpętała się burza z deszczem i wiatrem. Nasi strażnicy schronili się w zabudowaniach gospodarczych. Tylko jednego zostawili na straży. Zaproponowałem jednemu z kolegów, aby podczołgać się te kilkadziesiąt metrów, może tam znajdziemy coś do jedzenia. Widoczność była bardzo słaba i nie mogłem sobie pozwolić, aby taką okazję przepuścić. Weszliśmy do tej zagrody z daszkiem, a tu koryto dla świń z dymiącymi kartoflami w łupinach. Nabraliśmy tyle, ile tylko mogliśmy. Niebywałe szczęście nam sprzyjało, bo jak tylko wycofaliśmy się kilka metrów, zobaczyliśmy sylwetki paru osób wchodzących do tejże zagrody. Po dwóch dniach marszu czułem, że coś ociera mi nogi. Okazało się, że to moje buty są winne i każdy postawiony przeze mnie krok był jakby cios nożem w żywe ciało. Co robić? Jeśli wyjdę z szeregu , to mnie zabija. Chęć życia dała mi siłę, aby przetrzymać w bólach aż do drugiego dnia, gdy dotarliśmy do Janowa. Po drodze dano nam tylko raz dziennie kawał chleba i czystą wodę. Byliśmy głodni i osłabieni. W mieście na rynku znów zjawił się oficer i oświadczył nam, że jesteśmy wolni i każdy z nas ma wrócić do swojego domu. W tym momencie zemdlałem. Moi koledzy zabrali mnie do jakiejś żydowskiej rodziny mieszkającej w pobliżu. Gdy odzyskałem przytomność, ustaliliśmy, co robić dalej. Postanowiliśmy udać się do Tarnobrzega nad Sanem i stamtąd do Tarnowa.

Rodzina, u której zatrzymaliśmy się, nakarmiła nas i nawet dała trochę prowiantu na dalszą drogę. Złapaliśmy ciężarówkę jadącą do Tarnobrzega. Obwiązano mi nogi szmatami, gdyż nie mogłem ubrać butów, czułem się w ogóle bardzo źle.

W Tarnobrzegu panowało bezprawie, bo nie było żadnych władz, ani polskich, ani rosyjskich, ani niemieckich. Natomiast domy zamieszkałe przez zasobnych gospodarzy pozamykane były na wszystkie spusty. Zostaliśmy przygarnięci przez jedną rodzinę, która czuła się bardziej bezpiecznie w towarzystwie kilku młodych mężczyzn. Okazało się później, że po pakcie Ribentrop-Mołotow mają tam wejść rosyjskie wojska. Z drugiej zaś strony Sanu – Niemcy. Na prośbę Żydów o wydanie zezwolenia na przeprawienie się na druga stronę rzeki, aby dostać się do swoich mieszkań, odpowiadano: Das Dreck brauchen wir nicht. Ponieważ ja byłem coraz bardziej cierpiący, wezwano lekarza, miejscowego Żyda, który po zbadaniu oświadczył, że trzeba natychmiast operować moje nogi, w przeciwnym wypadku grozi mi gangrena i dalsza zwłoka może doprowadzić do amputacji lub, co gorsza, do utraty życia. Ułożono mnie w salonie, na stole, dostałem coś twardego do ust, abym silnie przygryzł. Przywiązano mnie do blatu, a w międzyczasie sterylizowano w garczku w kuchni jakieś prymitywne instrumenty. Czułem straszliwy ból, gdy nacinano mi skórę – i zemdlałem. Ze zrozumiałych względów operacja odbywała się bez narkozy. Kiedy odzyskałem przytomność, było już po wszystkim, a moje nogi obandażowane były jakimiś chustkami. Zawdzięczam tym ludziom życie. Córka gospodarza została poinstruowana, jak zmieniać opatrunki i opiekować się mną. Koledzy mnie nie zostawili.

Przez kilka dni był względny spokój, nagle wrócił do miasta oficer niemiecki i oświadczył, że wojska niemieckie wracają do Tarnobrzega i jego okolic.

Rodzina, u której byliśmy, postanowiła stamtąd uciekać. Mieli duży wóz i parę dobrych koni. Załadowali swój dobytek i ruszyliśmy w drogę w kierunku Sieniawy, gdzie już były wojska i władze rosyjskie. Jakieś 4 km za miastem wjechaliśmy w głąb lasu i nagle otoczyła nas banda uzbrojonych opryszków ukraińskich. Mówią nam, że jeśli nie będziemy stawiać oporu, to zabiorą tylko wóz z końmi i dobytkiem, w przeciwnym razie zabiją nas wszystkich. Byliśmy bezbronni i gołymi rękoma nie mogliśmy stawiać żadnego oporu. Nasi gospodarze oddali bandytom wszystko, co mieli, a sami wraz z dwójką dzieci zawrócili do miasta, bo – jak mówili – tam mają przynajmniej dom i resztę dobytku, którego nie mogli ze sobą zabrać. My natomiast ruszyliśmy w kierunku Sieniawy. Tymczasem wojska niemieckie opanowały już cały ten teren. Poruszaliśmy się bardzo ostrożnie, by nie wpaść w ich ręce. Widzieliśmy z daleka, jak prowadzą kolumny Żydów do pracy na szosach. Jeden z kolegów, jedyny wśród nas żonaty, zaczął przejawiać stan choroby umysłowej. Ja, fizycznie z tej grupy najsłabszy, duchowo byłem najsilniejszy. Podtrzymywałem wszystkich na duchu. Dodawałem otuchy. Posuwaliśmy się przeważnie w nocy, gdyż w dzień było bardzo niebezpiecznie. Moja orientacja w terenie była najlepsza dzięki przygotowaniu skautowskiemu. Za młodu byłem wychowankiem organizacji syjonistycznej „Akiba” w Nowym Targu.

Weszliśmy do jakiejś wioski. Moi koledzy przyprowadzili mi chłopca, który strasznie cierpiał z powodu bólu zęba. Kazaliśmy mu przynieść kilka bochenków chleba, a ja oczywiście ten ząb mu usunąłem, po czym szybko oddaliliśmy się z tej okolicy, gdyż nie miałem żadnych środków, w razie komplikacji.

Nazajutrz była straszna ulewa, więc schroniliśmy się w przydrożnej stodole. Byliśmy pewni, że nikt nas nie widział. Moi chłopcy ze zmęczenia usnęli od razu. Nagle do mych uszu dotarły głosy w języku ukraińskim. Zrozumiałem,

że chcą nas ograbić i zabić. Szybko obudziłem wszystkich i przez tylne okno wydostaliśmy się do lasu. Przybliżaliśmy się w stronę rzeki, a zaraz za nią nasz cel – Sieniawa. Spotkaliśmy dziesięcioletniego chłopca, któremu dałem latarkę elektryczna, a w zamian za to pokazał nam miejsce, gdzie można przeprawić się na drugi brzeg.

Pierwszym napotkanym człowiekiem po drugiej strony rzeki był żydowski milicjant. Z początku trochę obawialiśmy się go, ale potem faktycznie rozładował nasze napięcie zadając nam wiele pytań po żydowsku.

Odetchnęliśmy z ulgą. Pytał nas, czy mamy jakieś pojęcie o komunizmie? Czy słyszeliśmy o Engelsie, Marksie, Leninie i Stalinie? Jakie jest nasze pochodzenie? A potem kazał nam się zameldować wpisując pochodzenie naszych rodziców oraz nasze, bardzo ważne, pochodzenie robotnicze.

Pierwsza rzecz, którą zrobiliśmy, to kąpiel w łaźni miejskiej. Przypadkowo spotkaliśmy lekarza psychiatrę. Niestety, nie mógł nam pomóc, ale poradził nam, abyśmy się udali do Lwowa, i dał nam adres.

Nie pamiętam już, jak nazywał się ten człowiek, od którego dostałem adres mojego brata Dunka (Dawida) we Lwowie.

Sieniawę opuściliśmy po krótkim pobycie i udaliśmy się pociągiem towarowym do Lwowa. Lwów – to piękne miasto. Programy radiowe Tońcia i Szczepcia były moim ulubionym słuchowiskiem. Przepojone były humorem ze szczególnym akcentem lwowskim (tajoj).

Dziesiątki, a może setki tysięcy uciekinierów z całej Polski kręciło się teraz po ulicach Lwowa. Dotarłem do domu, w którym mieszkał mój brat Dawid. W progu spotkałem gospodarza, który oznajmił mi, ze mój drugi brat Lipek również tu mieszka. Niestety, z powodu mojego wyglądu zewnętrznego, nie chciał mnie wpuścić do żadnego z pokoi moich braci. Nie dziwiłem się, gdyż miałem na sobie ubranie sprzed dwóch miesięcy, kiedy to wyszedłem z domu. Bał się może, że jestem zawszony?

Udałem się zatem w miejsce, w którym mogłem się spotkać z moimi braci... Spotkanie było bardzo wzruszające. Następnego dnia mieliśmy pójść na bazar (jarmark), aby kupić dla mnie nowe ubranie, buty i bieliznę. Tymczasem moi koledzy umieścili Bolka w szpitalu dla nerwowo chorych.

Stanąłem przed wystawą jakiegoś sklepu bardzo przygnębiony, bo nie miałem gdzie przenocować. Nagle zatrzymał się obok mnie jakiś młody człowiek w ubraniu roboczym (kombinezonie) i zapytał, dlaczego jestem taki przygnębiony. Widocznie miałem wypisane to na twarzy. Poczułem, że jakby „spadł mi z nieba”. Instalator z zawodu, wziął mnie do swojego mieszkania. W pokoju, który był sypialnia i salonem zarazem, rozłożyć dwa łóżka, a trzecie przyniósł z jakiegoś kąta. Jego żona pościeliła wszystkie trzy łóżka. To był jedyny pokój oprócz małej kuchenki i ubikacji z prysznicem. Dali mi świeżą bieliznę i po kąpieli i skromnej kolacji położyliśmy się spać.

Nigdy tego nie zapomnę, co uczynił dla mnie ten prosty i ciężko pracujący człowiek, bo nietrudno dać komuś, gdy się ma dużo, sztuką jest dać, gdy się samemu nie ma nic. Jak piszę te słowa, to łzy cisną mi się do oczu. Są jednak dobrzy ludzie.

Następnego dnia poszliśmy z braćmi na bazar dokonać zakupów dla mnie. Rzeczywiście, wyglądałem okropnie. Po wizycie u fryzjera i przebraniu się w nową odzież nastąpiła metamorfoza w moim wyglądzie. Bracia moi handlowali, kupowali i sprzedawali rzeczy na tym bazarze. Ja absolutnie nie miałem zdolności w tym kierunku.

Spotkałem we Lwowie kolegów z mojego miasta – Nowego Targu: Morgenbesserów – dwóch braci – Heńka i Mundka, Mućka Graja, Heńka Singera, Heńka Gunsberga i jeszcze wielu innych. Mój najstarszy brat Lipek, który zostawił w Nowym Targu żonę (bł.p.) Zyśkę w ciąży – postanowił wrócić do domu, do żony. Natomiast nam kategorycznie zakazał powrotu. 11 listopada święto rewolucji. We Lwowie Rosjanie urządzają defiladę i. paradę wojskową. Bardzo chciałem to zobaczyć, lecz nagle słyszę głos rosyjskiego żołnierza dawaj nazad! Zastanawiałem się, co on chce ode mnie, co ja mam mu dać? (wówczas jeszcze w ogóle nie znałem języka rosyjskiego). Aż tu nagle patrzę, że ów żołnierz kieruje w moją stronę kolbę karabinu, dając mi w ten sposób do zrozumienia, abym się cofnął do tyłu.

Znaleźć pracę w swoim zawodzie było niemożliwością, więc lekarze, adwokaci, ludzie wolnych zawodów pracowali, gdzie się dało. Ja z bratem zacząłem pracować jako kelner w dużej restauracji. Zarabialiśmy bardzo dobrze

i wkrótce reszta naszych przyjaciół dołączyła do nas. Lwów był pod okupacją Rosjan. Przychodzili oni grupowo do restauracji i zamawiając na przykład piwo, prosili aby przynieść kilka kufli naraz. Z początku nie rozumiałem dlaczego, potem dowiedziałem się, że w Rosji jest wielka bieda i niedostatek.

Zapoznaliśmy miejscowe dziewczyny, z którymi razem chodziliśmy do teatru, do kina i do nocnych lokali na potańcówki. Zaprzyjaźniłem się szczególnie z Bronią Bodek, która była bardzo ładna. W późniejszej fazie pomogła mi ona nawiązać kontakt z rodziną w Nowym Targu. Niestety, podzieliła los naszych najbliższych. Nie jest mi wiadome, gdzie i w jaki sposób zginęła.

Władze Lwowa zwróciły się do wszystkich mieszkańców, by każdy udał się do odpowiedniego biura w celu wyrobienia dowodu osobistego, potwierdzającego obywatelstwo sowieckie. Zaczęły chodzić słuchy, że tych, którzy nie będą mieli takiego obywatelstwa, wywiozą na roboty do Rosji. Nasza cała grupa postanowiła nie przyjmować obywatelstwa sowieckiego. Zaczęliśmy się przygotowywać do ewentualnego wywozu. Wynajęliśmy mieszkanie razem z Muśkiem i Heńkiem Gunsbergiem. Obok nas mieszkali Morgenbesserowie. Pewnego dnia otrzymujemy przez posłańca kartkę ze stacji kolejowej. Bracia Morgenbesser są już w wagonie. Zabrano ich z ulicy, więc proszą, aby przynieść im ich rzeczy osobiste. Musiek z Heńkiem poszli to załatwić, lecz po drodze zostali zatrzymani przez agentów NKWD i również osadzeni w wagonach. Jeszcze tej samej nocy przyszli po nas. I tak znaleźliśmy się w pociągu towarowym, nie mając pojęcia, co się stało z Muśkiem i Heńkiem. Jeszcze we Lwowie kupiłem trochę instrumentów dentystycznych i zaopatrzyłem się w literaturę fachową.

Zastanawialiśmy się z bratem, dokąd chcą nas wywieźć, przecież nie zrobiliśmy nic złego. Wtem słyszymy głosy z kąta wagonu, gdzie siedzieli dwaj starsi panowie ze Œląska - nie Zydzi: „Oj, wy głupcy, nie wiecie, że jak wywożą Polaków do Rosji, to tylko jedną drogą, która prowadzi na Sybir?”. Trochę się nam zrobiło markotno na duszy, ale mieliśmy nadzieję, że oni się mylą. Warunki sanitarne w wagonie towarowym były straszne. Otwór w podłodze wagonu służył za ubikację i częściowo zasłonięty był jakąś płachtą. W wagonie było bardzo ciasno i tylko małe okno umożliwiało dopływ powietrza. Jechały z nami także kobiety z dziećmi. W dzień nie pozwalano nam wyjść z wagonu. Dunek raz wyskoczył z wiadrem, aby nabrać trochę gotowanej wody (kipiatku), ale niestety, rosyjski żołnierz doskoczył do niego i brutalnie wytrącił mu wiadro, przez co Dunek poparzył się w nogę. Nocą, między pierwszą a trzecią nad ranem, w czasie postoju pociągu, dostawaliśmy obiad – nawet niezły. Dlaczego tylko w nocy? Bo nie chciano, by miejscowa ludność się dowiedziała, że wywożą tysiące ludzi na Sybir. Na jednej ze stacji zobaczyliśmy Muśka i Heńka wychodzących z wagonu tego samego pociągu, którym my jechaliśmy. Cieszyliśmy się z tego, gdyż była nadzieja, że dalej będziemy razem. Nie przypuszczaliśmy, że może być inaczej.

Mijały dni i tygodnie, a my ciągle w drodze. Wreszcie otwarto nam wagony i kazano wyjść z całym bagażem. Z przerażeniem stwierdziliśmy, że to tylko część wagonów, reszta pociągu odjechała. Tamtych wagonów, gdzie byli nasi koledzy, nie było. To było bardzo przykre dla nas... Kazano nam się szykować do drogi. Byt czerwiec 1940 roku, początek lata. Przedzieraliśmy się przez tundrę sybirska, nie zdając sobie sprawy, gdzie się w ogóle znajdujemy. Byliśmy dla Rosjan elementem, nie wiem czy niebezpiecznym, ale – jak przypuszczaliśmy – niepewnym, i jako taki element wysłano nas bez sadu na daleki Sybir. Przez dwa dni poruszaliśmy się w gęstwinach leśnych. Dotarliśmy w końcu do małej polany i na pniach ściętych drzew pozwolono nam wreszcie usiąść. Nasz komendant NKWD wygłosił do nas przemowę, w której przestrzegał, że jeśli będziemy grzecznymi „dziećmi”, to życie na tym odludziu będzie całkiem znośne, w przeciwnym wypadku czekają nas srogie kary. Nasza grupa liczyła 150–200 osób i mieliśmy budować w tym miejscu osiedle. „Materiału do budowy nie brakuje” (skolko ugodno) – i tu ręką zatoczył łuk wskazując na okoliczne drzewa. Dostaniemy instrumenty (oni tak to nazywali) do pracy. Każdy z nas otrzymał siekierę i piłę ręczną. Komendant zaznaczył, że mamy trzy miesiące na wybudowanie baraków mieszkalnych, a jeżeli nie zdążymy, to – ponieważ w tym rejonie są tylko trzy miesiące lata, pozostałe dziewięć to sroga zima – czeka nas pewna śmierć przez zamarznięcie. Dostaliśmy swoją rację chleba, nie pamiętam, czy 400 gram czy też 600, ale ten chleb byt mokry i ciężki i miał smak gliny. Wkrótce nauczyliśmy się kłaść go na widły i trzymać chwilę nad ogniem, aby stał się w miarę jadalny.

Pierwszą naszą pracą było karczowanie, wyciąganie pni drzew wraz z korzeniami celem oczyszczenia polany, na której miało powstać nowe osiedle. Utworzono dziesięcioosobowe grupy. Nadzorował nas Rosjanin wydający polecenia i instruujący nas, jak pracować, by osiągać szybkie i dobre efekty. Praca była szalenie ciężka. Po tygodniu zachorowałem. Na rękach miałem tak duże rany, że nie mogłem pracować. Załamałem się. Nigdy w życiu nie pracowałem fizycznie. Jednakże po dziesięciu dniach zacząłem przychodzić do siebie, nastąpiła radykalna poprawa w stanie mego zdrowia. Rany się zagoiły, a skóra stała się odporna i zdolna do wysiłku fizycznego.

Bez wielkiego trudu można było uciec z tego miejsca, ale jak się poruszać bez mapy i żadnej pomocy z zewnątrz. Należy się przedzierać przez olbrzymi pas leśny, przez teren, w którym mogą być różne niespodzianki, a na domiar złego są tutaj niedźwiedzie i wilki.

Dzień w dzień nasi strażnicy wpajali nam, że tu będzie nasza mogiła i że nigdy już nie zobaczymy wolnego świata. Byli wśród nas i tacy, którzy im wierzyli, ale my do nich nie należeliśmy. Po raz pierwszy pozwolono nam napisać listy do krewnych. Ja wysłałem listy do rodziców do Nowego Targu, a także do Broni Bodek z prośbą o napisanie listu do mojej rodziny w Polsce. Jak się później okazało, było to słuszne, gdyż jej list moi rodzice otrzymali.

Nasz adres w języku rosyjskim brzmiał: Archangielska Obłast, Kotłaski Rajon – Limenski Mechaniczeski Lesopunkt – Uczastok Sewerny Kauczuk. Denerwował mnie ten „mechaniczny leśny punkt. Przecież jedynym mechanizmem były nasze ręce.

Strasznie nam dokuczały latem komary i muchy. Ale zbliżała się zima, wiedzieliśmy, że do tego czasu musimy skończyć budowę, bo inaczej zginiemy. Okazało się, że można budować bez jednego gwoździa. Między belki wsuwano mech dla uszczelniania. W mojej grupie roboczej znajdował się były naczelny lekarz szpitala poznańskiego. Bardzo sympatyczny i kulturalny człowiek. W ogóle między nami było bardzo dużo ludzi wolnych zawodów. Ja miałem ze sobą książki z dziedziny medycyny, a w szczególności te do studiowania dentystyki. Czego nie rozumiałem z jakiejś dziedziny, jak na przykład z patologii czy fizjologii, tego dowiadywałem się od lekarza. Widocznie, jak się ma dwadzieścia dwa, do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Pilnowałem, by nasze siekiery byty zawsze ostre. Zanim wyszedłem do pracy, ostrzyłem je. Robiłem to co dnia, by było mi łatwiej pracować. W lesie było mnóstwo różnego rodzaju jagód. Mi najbardziej smakowały maliny, były duże i soczyste. Natomiast kto się znał na grzybach – to i tego tam nie brakowało.

Znajdowaliśmy się nieopodal Morza Białego, znad którego unosił się powiew powietrza zwiastujący zbliżającą się zimę. Słyszeliśmy od Rosjan, że są okresy, kiedy bywają białe noce (to znaczy, że przez 24 godziny na dobę jest tak jasno jak w dzień). Są też okresy kompletnej nocy. Na szczęście budowa baraków mieszkalnych posuwała się naprzód. Oczywiście, najbardziej okazałym budynkiem było miejsce zamieszkania komendanta NKWD. Sprowadzono nawet specjalne umeblowanie. Nadchodzą święta Rosz Haszana i Jom Kipur. Postanowiliśmy w te dni (oczywiście, tylko Żydzi) nie pójść do pracy. Zebraliśmy się wszyscy w jednym z baraków, by odprawić wspólne modły, i nawet ci, którzy nigdy nie byli w synagodze (ateiści), w nich uczestniczyli. Nagle wszedł komendant i kategorycznie kazał natychmiast przerwać modły i udać się do pracy, grożąc represjami. Jednak nikt z nas się nie przestraszył i nie poszedł do pracy. W Jom Kipur żydowscy pracownicy nie wyszli z baraku i nie zjawili się również przez cały dzień w stołówce. Pewnego razu, przechodząc z bratem obok domku komendanta obozu, zauważyliśmy przez okno dobrze oświetlony kilkoma lampami naftowymi pokój. Wokół owalnego stołu siedzieli wszyscy Rosjanie z komendantem na czele. Na środku tego stołu stała duża emaliowana miska, taka, jakiej kiedyś używano do mycia rąk. W misce znajdował się jakiś kopiec białej, a może kremowej masy. Każdy Rosjanin trzymał w jednej ręce kawałek chleba, a w drugiej drewnianą łyżkę. I tak nabierają z kopca po kolei i wkładają do ust wraz z małym kęsem chleba. Ja z Dunkiem nie mogliśmy rozwiązać zagadki: czym była ta biała masa? Z początku wydawało się nam, że to lody śmietankowe, ale nazajutrz zagadka została rozwiązana. Po raz pierwszy i ostatni każdy stachanowiec (wypełniający normę pracy przy wyrębie leśnym) otrzymał 100 gram masła. Ja i mój brat wymienili omy masło na chleb i cukier. Okazało się, że nasze osiedle otrzymało dla przodujących pracowników jakąś tam ilość masła. Rosjanie obawiali się, że gdy zostawił takie bogactwo w składzie, to do następnego dnia może zniknąć. Postanowili zatem wszyscy zebrać się u komendanta i zjeść tyle, ile tylko kto potrafi. Po prostu jeden drugiemu nie wierzył.

Dostałem pierwsze kartki z domu od moich rodziców i sióstr. Bardzo troszczą się o nas i chociaż moja siostra pisała mi, że wszystko w porządku, czuliśmy wielki wewnętrzny niepokój, jednakże niczego nie mogliśmy zmienić. Jaka ironia losu. Oni się troszczą o nas, a przecież pomimo tego, jak nam było ciężko, to ten straszliwy los, który ich spotkał przekracza w swojej zgrozie w ogóle ludzkie pojęcie. Te kartki pocztowe trzymam jako relikwie po dzień dzisiejszy, czyli przez pięćdziesiąt lat.

Nadeszła sroga zima, skończyła się praca w osiedlu. Tylko nieliczni starsi ludzie byli zwolnieni z pracy w lesie i dostali zajęcia na miejscu. My nadal pracowaliśmy przy wyrębie lasu. Dostaliśmy konie, które ciągnęły te okrąglaki (pnie drzewne oczyszczone z gałęzi) na miejsce znakowania i wywozu. Kobiety, młode i zdrowe, pracowały razem z nami. Zbierały gałęzie i podkładały do ognia. Musieliśmy się nauczyć wymawiać te wulgarne i niecenzuralne słowa rosyjskie, ponieważ tylko ten język był zrozumiały dla koni. Przypomniałem sobie takie komiczne zdarzenie: dwóch Rosjan dyskutuje zawzięcie, która gazeta jest lepsza; „Prawda” czy „lzwiestia”. Zainteresowałem się ta sprzeczką, gdyż obaj wyglądali mi na intelektualistów. W końcu zrozumiałem, że rozbieżność zdań między nimi polegała na tym, która gazeta jest lepsza do palenia machorki (tytoń w grudkach, zawijany na kształt papierosów w kawałki gazet).

W barakach było ciepło. Opału nie brakowało. Na zewnątrz temperatura bardzo niska, ale na szczęście wiatru prawie nie było. Zatrudnieni w lasach, tak jak ja i mój brat, otrzymali specjalną odzież – „kufajki”, czyli watowane kurtki, a także „walonki” – wysokie do kolan buty we³niane, no i oczywiście czapki wełniane z nausznikami.

Pewnego razu mojemu bratu wyślizgnęła się siekiera i dosłownie rozpłatał sobie przednia część stopy. Opatrzyłem mu ranę chustką i wziąłem i nadludzkim wysiłkiem przyniosłem go do punktu medycznego, a sam wróciłem na swój odcinek robót. Pech chciał, że w dwa miesiące później podzieliłem los mojego brata. Pracowaliśmy wówczas kilka kilometrów od osiedla. Na szczęście moja rana nie była taka głęboka i mogłem dosiąść konia (pierwszy raz w życiu), by udać się bez niczyjej pomocy do punktu medycznego.

Miałem możliwość po raz pierwszy ujrzeć zorzę polarną. Jest to zjawisko natury tak potężne i wspaniałe, że zostało utrwalone w mojej zamieci aż po dzień dzisiejszy.

Nasz komendant poszukiwał kogoś, kto mógłby udekorować jego pokój hasłami i insygniami komunizmu. Ja się zgłosiłem. Dostałem farby, karton i pędzle. Dzięki tym farbom zacząłem malować na korze brzozowej (papieru nie było) różne obrazki z naszego życia. Komendant był tym zachwycony i obiecywał sobie, że po wykończeniu moich prac będzie mógł je oddać do muzeum sybirskiego.

Brak witamin, a szczególnie witaminy C dawał się we znaki. Jedzenie w stołówce nie było urozmaicone, brakowało jarzyn i owoców. Zupy rybne i kasze jaglane i inne. Tylko dla tych, którzy pracowali w lesie były czasem bliny (naleśniki). W obozie panował szkorbut. Ale pewnego razu zrobiliśmy obławę na niedźwiedzia, który wcześniej uśmiercił nasze dwa konie. Obława się powiodła i przez jakiś czas mieliśmy w stołówce niedźwiedzie mięso. Ja pracowałem w baraku także w swoim zawodzie. Usuwałem zęby zarówno pracującym ze mną kolegom, jak i Rosjanom. Dostałem list od Broni Brodek, w którym pisała, że stara się w rabinacie o fikcyjny ślub ze mną, aby ściągnąć mnie z Sybiru do Lwowa. Na moje szczęście wybuchła wkrótce wojna, inaczej znów bym wpadł w niemieckie ręce. Ślepy los tym wszystkim kierował.

Strasznie tęskniliśmy za ziemniakami. Dowiedzieliśmy się od jakiegoś Rosjanina przywożącego nam produkty, że niedaleko od nas znajdują się zagrody „kułaków”, których wysiedlili Rosjanie. Byli to właściciele dużych gospodarstw rolniczych i lasów w europejskiej części SSR. Osiedle znajdowało się w odległości 4 km od nas. Chodziły słuchy, że za jedną koszulę można dostać pud kartofli (16 kg). Ja z bratem, nocą, wykradliśmy się z obozu. Wzięliśmy dwa worki na plecy i z siekierą za pasem udaliśmy się w drogę. W pewnej odległości od obozu zapaliliśmy łucznię dla oświetlenia drogi, a także dla obrony przed dzikimi zwierzętami. Oczywiście, także siekiery trzymaliśmy w pogotowiu. Dostaliśmy się do pierwszego gospodarstwa. Zastukaliśmy w okiennice. Zapaliło się światło wewnątrz domu i usłyszeliśmy głos pytający, kim jesteśmy i w jakim celu przybywamy. Następnie wpuszczono nas do środka. Faktycznie. Za jedną koszulę otrzymaliśmy pud kartofli. Zarzuciliśmy te worki z kartoflami na plecy i ruszyliśmy w drogę powrotna. Nie można sobie nawet wyobrazić, jak nam te kartofle smakowały... W czerwcu wypadały urodziny Broni Bodek. Postanowiłem posłać jej albumik z moimi rysunkami. Kilka dni później wybuchła wojna niemiecko-rosyjska. Lecz w stosunkowo krótkim czasie została podpisana umowa między rządem sowieckim a polskim generałem (w Londynie) – Sikorskim. Z uwagi na „nieład” moja paczuszka nie mogła dojść do Lwowa.

Zgromadzono nas wszystkich obozowiczów i oświadczono, że po umowie między dwoma rządami, polskim i sowieckim, obywatele polscy zostają zwolnieni i na koszt rządu każdy może udać się, dokąd chce, ale wskazane jest jechać na południe kraju, bo właśnie tam formuje się armia polska. Postanowiliśmy ruszyć w kierunku Taszkentu w Uzbekistanie, a już tam, na miejscu, rozglądniemy sie. i postanowimy, co dalej robić. Otrzymaliśmy trochę pieniędzy, nie pamiętam dokładnie ile. Jechaliśmy do Taszkentu w zupełnie innych warunkach. I choć podróż trwała długo, nie czuliśmy tego wcale – byliśmy wolni, jechaliśmy w wagonach osobowych. Do dnia dzisiejszego pamiętam smak suszonych ryb, które kupiliśmy w okolicy Morza Aralskiego.

Z uwagi na wzmożone kradzieże musieliśmy być szalenie ostrożni. Przyjechaliśmy do Taszkentu. Straszliwy tłok i ścisk, znowu uciekinierzy z całej Rosji. Dowiedzieliśmy się, że bardzo trudno o miejsce pracy i nocleg. Jedziemy dalej w stronę granicy Afganistanu z Iranem (Persja). Mijamy miasto Samarkandę i zatrzymujemy się w Kaganie, gdzie spotkaliśmy Benka Wasserlaufa. To on namówił nas na wyjazd do Buchary. Tam rzekomo, w porównaniu z innymi miastami, warunki były znośniejsze. W pierwszym sklepie zaraz zobaczyłem prawdziwe ciastka na wystawie. Oznajmiłem bratu, że tu zostajemy i nigdzie stąd nie jedziemy. Spotkaliśmy tutaj wielu ludzi z Polski, tysiące ludzi z terenów europejskiej Rosji – przyjeżdżają tu jako uciekinierzy z zagrożonych miejsc. My z bratem mieszkamy razem z kolegami Benka Wasserlaufa. Śpimy na podłodze. Najstarszy z grupy przyrządza jedzenie i dba o mieszkanie, a pozostali rozchodzą się po mieście szukając zarobku. Pewnego rodzaju komuna. Dowiadujemy się, że w Kermine organizuje się wojsko polskie. W tym czasie nikt z nas nie wiedział, że to wojsko polskie pod dowództwem generała Andersa opuści Rosję. Nie zastanawiając się długo, obaj wyjeżdżamy do Kerminy. Na olbrzymim pustym polu ustawiono setki namiotów i trzeba było bardzo długo czekać – nie pamiętam dokładnie, może tydzień, może dłużej – by się dostać do komisji i przejść badania lekarskie, a następnie czekać na orzeczenie, czy się jest zdolnym do służby wojskowej. W tym czasie szalała epidemia tyfusu plamistego. Niestety, także tu w Kermine było dużo wypadków zachorowań. Stając przed komisją lekarską byliśmy w doskonałej kondycji fizycznej, jednakże otrzymaliśmy kategorię E (która dyskwalifikuje ze służby wojskowej), tylko dlatego, ze byliśmy wyznania mojżeszowego. Gdy się miało jakiegoś znajomego oficera polskiego, to za jego protekcją można było się dostać do armii. Przyszedł do nas jakiś wojskowy z propozycją zamiany dwóch litrów spirytusu za załatwienie przyjęcia do wojska. Oburzyło nas to bardzo, gdyż nasze intencje wówczas były naprawdę patriotyczne. Wróciliśmy do Buchary załamani duchowo. Zaraz po powrocie mój brat Dunek zachorował i po dwóch dniach zabrałem go do szpitala, w którym pozostał. Po upływie dwóch – trzech dni i ja poczułem się bardzo źle, miałem wysoką temperaturę, a obok mnie nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Z trudem dowlokłem się do szpitala i z ledwością otworzywszy drzwi padłem na ziemię jak trup. Tak wiec obaj byliśmy w tym samym szpitalu. Dunek z początku o tym nie wiedział. Po jakimś czasie opuściliśmy szpital zdrowi i cali, a to dzięki niemal matczynej opiece rosyjskiej siostry. Dunek dostał pracę w stacji sanitarnej, a ja w delegaturze polskiej. W Bucharze panował głód i wielu, wielu zmarło z głodu i osłabienia. Ponieważ pracowałem, miałem idealne warunki, jedzenia pod dostatkiem. Otrzymywaliśmy zza granicy ubrania, bieliznę a także frykasy: czekolady, papierosy, konserwy różnego rodzaju. Oczywiście, kto był przy korycie, to otrzymywał pierwszy.

Poznałem się tam z dr. Kobrynerem z Warszawy i jego bratem adwokatem. Wśród naszych rówieśników (20 lat i więcej) mieliśmy już duży krąg znajomych, prowadziliśmy bardzo urozmaicone życie towarzyskie. Armia Andersa w całości wyjechała do Persji (Iranu). Wkrótce po tym zamknięto delegaturę polską w Bucharze, co spowodowało utratę mojej posady. Spotkałem kolegę po fachu i on zaproponował mi spółkę. Zaprzyjaźniłem się z całą jego rodziną, a szczególnie z dwoma braćmi Jankiem i Fajukiem Mandlem. Janek dysponował urządzeniami, instrumentami, materiałami opatrunkowymi oraz lekarstwami potrzebnymi do otwarcia kliniki. W Bucharze pozwolono pracować prywatnie i otworzyć przychodnię dentystyczną, gdyż dawało to zatrudnienie setkom lekarzy zarówno z Polski, jak i z Rosji. Płaciliśmy podatki i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie przyszło zarządzenie mówiące, że kto z młodych ludzi nie jest w armii i nie pracuje oficjalnie, to znaczy nie ma karty zatrudnienia, zostanie wysłany na front do pracy przy kopaniu okopów i rowów przeciwczołgowych. Tacy jak ja nie mieli się czym wykazać, więc zachodziła obawa, że w każdej chwili mogą mnie wysłać do tej niezwykle ciężkiej pracy. Zapoznałem się z główną siostrą szpitala w Bucharze, która znalazła dla mnie pracę, nie wymagającą wielkiego wysiłku, po prostu godzinę rano i godzinę wieczorem. Praca ta polegała na zapaleniu kłód drzewnych pod kotłem, aby zagotować wodę.

Dostanę oficjalną kartę pracy i nie będę się musiał niczego obawiać, a pracę w zawodzie mogę kontynuować. Pracowałem przez jakiś czas, aż tu wyniknął nowy problem: skład szpitalnych akcesoriów został okradziony ze wszystkiego, a strażnik, który miał go pilnować widocznie zasnął. Został osadzony w więzieniu. Pracował ze mną również młody człowiek z Polski. Pewnego dnia zostałem wezwany do naczelnego lekarza w szpitalu. Jak tylko wszedłem, rzucił się na mnie z krzykiem, ze nie będę się mógł więcej uchylać od pracy i że przenosi mnie na stanowisko strażnika składu. Był czas wojny i trzeba było brać każdą nadarzająca się pracę.

Pierwszej nocy, gdy pełniłem służbę wartowniczą jako strażnik, zapoznałem się z młodym człowiekiem – Samkiem Lewinem. Pełnił on tę samą funkcję strażnika, tyle że o kilka metrów dalej. Wiedziałem, że jak tak dalej będę pilnie pracował, czyli pilnował przez całą okrągłą noc, to nie będę mógł potem w dzień pracować. Ale z kolei bałem się, że jeśli zasnę, to mogę trafić do więzienia jak mój poprzednik. Co robić? Wszedłem w układ z Samkiem – zaproponowałem mu dobra zapłatę, aby dopilnował także i mojego składu, zwłaszcza po północy. Jednak szybko zrozumiałem, że to też nie jest rozwiązanie. Udałem się zatem do lekarza i dostałem zwolnienie z pracy z powodu wysokiej temperatury. Tym razem znów ktoś musiał mnie zastąpić. I w ten oto sposób, mając zastępcę, wystąpiłem z prośbą do naczelnego lekarza o zwolnienie mnie z pracy. Niestety. Odpowiedź była odmowna. Musiałem więc pozostać w szpitalu. Dowiedziałem się od pielęgniarki, że potrzebują wykwalifikowanego dezynfektora. Nie widziałem w tym żadnego problemu. Załatwiłem sobie poprzez brata zaświadczenie, z którym udałem się ponownie do lekarza, prosząc o przeniesienie mnie na stanowisko dezynfektora. l tu znów spotkałem się z odmowa. Tłumaczył mi, że ma już odpowiednie dla mnie miejsce: „dwornika”. Wbrew nazwie jest to bardzo nieprzyjemna praca polegająca na sprzątaniu podwórka, rąbaniu drzewa i utrzymywaniu ubikacji w czystości. O, nie! Tego już było za dużo! Powiedziałem, że nigdy tego nie robiłem i robić nie będę. Na co on: „Ty polski Żydku, nasi młodzi ludzie tysiącami giną i przelewają krew, a ty ważysz się tak do mnie mówić?! Won stąd!” – wrzasnął. Wyszedłem i już wiedziałem, że dopiero teraz czekają mnie problemy. Do pracy przyszedłem, ale nie robiłem nic. Wszyscy mi radzili, abym nie zadzierał z lekarzem naczelnym, lecz ja nie słuchałem. Następnego dnia dostałem wezwanie na sąd pokazowy. Nie wróżyło to niczego dobrego, bo na takim sadzie będę ukarany przykładowo, aby przestrzec innych przed takim postępowaniem. Nie dałem za wygraną. Udałem się do adwokata, Żyda z Kijowa. Opowiedziałem mu całą historię mojego zatargu z naczelnym. Atutem w moim ręku była dobra sytuacja finansowa, w jakiej się znajdowałem, i dzięki której nadpłaciłem adwokatowi, aby sprawę wygrać.

W dzień mojego sądu wszyscy ci, którzy nie byli na dyżurze, mieli obowiązek stawienia się na rozprawie. Siedzę na ławie oskarżonych wraz z jakąś siostrą, która zabrała kawałek chleba choremu, oraz jeszcze z jakimś nieznanym mi mężczyzną. Sąd wchodzi - wszyscy wstają z miejsc. Milicjant z bronią gotowy do eskorty, naczelny lekarz z promieniejącą twarzą, sekretarz odczytujący listę oskarżonych – a mnie nie ma na tej liście. O dziwo! Nagle lekarz krzyczy: „A gdzie papiery Goldberga!?” Na co sąd spokojnie odpowiedział, że wysłano je omyłkowo w inne miejsce. Znów byłem wolny!

Okazało się, ze mój adwokat zaprosił cały sad na dobra kolację i wypitkę... Dlatego nie było moich papierów. Po tygodniu odbyła się moja rozprawa w sądzie miejskim, lecz naczelny nie mógł przyjść. Natomiast adwokat przedstawił mnie sądowi jako dentystę, pracującego w zawodzie. Ja opowiedziałem swoją historię zatargu z naczelnym, po czym zostałem zwolniony, a szpital otrzymał polecenie całkowitego zwolnienia mnie z pracy, abym mógł spokojnie wykonywać swój zawód. Tymczasem akcja władz sowieckich zsyłania na trud front się zdezaktualizowała i nie miałem już się czego obawiać. Oczywiście, na terenie szpitala nie mogłem się już więcej pokazywać. Pewnego dnia widzimy, że nastąpiły jakieś zmiany. Miasto obudziło się z letargu. Ruch wozów ciężarowych. Centrum miasta dekorowane odświętnie. Otwierają nowe sklepy wypełnione towarem. Sprzątają chodniki, i pełno tu nowych przyjezdnych w uniformach i w cywilu kręcących się ulicami. Co to może być? Wkrótce wszystko się wyjaśniło. Właśnie w Bucharze miały się spotkać delegacje się sprzymierzonych Stanów Zjednoczonych i Anglii z dowództwem sił wojskowych SSR. NKWD tak urządziło to spotkanie, aby dziennikarze zagraniczni mogli przeprowadzać wywiady tylko z ludźmi z góry ustalonymi i żeby zobaczyli tylko to, co było wskazane. Naprawdę wspaniała inscenizacja. Zaraz po skończeniu tego spotkania wszystko wróciło do normy: zniknęły sklepy z towarem, zniknęły dekoracje...

Armia niemiecka parła naprzód. Pod Moskwą zaczęła się organizować armia Kościuszki (polska armia pod komunistycznym dowództwem). Wszyscy polscy obywatele znajdujący się na terenie SSR proszeni byli o zgłaszanie się do tej armii. Postanowiliśmy wraz z bratem nie siedzieć bezczynnie, lecz pójść walczyć z nazizmem. Wiedzieliśmy już o zbrodniach nazistowskich w Polsce. Zorganizowaliśmy grupę żydowskich ochotników, wśród których był także Samek Lewin (bardzo zdolny chłopak, z którym do dziś jestem w przyjacielskich stosunkach). Na wagonach, którymi jechaliśmy do naszego celu, widniały hasła patriotyczne, oczywiście mojej roboty. Przyjechaliśmy do miejscowości Diwowo niedaleko Moskwy. Tam znajdował się sztab tworzącej się nowej armii polskiej. Pociąg z piskiem kół zatrzymał się i... kogo widzę? Wilek Broner z Nowego Targu. Spotkanie rodaka bardzo nas ucieszyło. Noc mieliśmy spędzić w olbrzymim namiocie, którego część przykryta była szczelnie brezentem. Położyliśmy się spać. Wtem słychać wycie syren alarmowych i huk wybuchających bomb. Miasto położone kilka kilometrów od nas jest bombardowane. Przyglądamy się temu spektaklowi z drżeniem serca. Dopiero rano się okazało, że sprzyjało nam wielkie szczęście, gdyż osłonięta brezentem część namiotu – to nic innego, jak bomby lotnicze. Mało brakowało, a nie zostałoby z nas ani śladu. Przybyliśmy do sztabu polskiej armii, oddaliśmy listę nazwisk oficerowi i czekaliśmy na wezwanie. Wyszedł któryś z oficerów i zaczął wyczytywać: nazwiska o brzmieniu żydowskim – na prawo, o brzmieniu polskim – na lewo. Kolumna polska wymaszerowała w kierunku koszar, a my z powrotem na stację kolejową.

l znów powtórzyła się ta sama historia, co w Kermine. Za dwie butelki wódki mogliśmy uzyskać zaszeregowanie w wojsku. Tego już było za wiele. Nie mogliśmy zrozumieć tej polityki. Lecz, jak się później okazało, był to rozkaz z góry. Po prostu, więcej było zgłaszających się Żydów i nie chciano, by do Polski weszło polskie wojsko składające się prawie z samych Żydów. Ustanowiono zatem, że Żydzi mogą stanowić 30% armii, a pozostałe 70% – Polacy. W naszej grupie byli sami Żydzi, dlatego też nas nie przyjęto.

Wracamy z powrotem w złym nastroju. Nasz dobytek rozdaliśmy i teraz trzeba będzie się na nowo urządzać. Mój brat nie martwił się niczym, gdyż czekała na niego posada w stacji sanitarnej.

Przysiadł się do nas jeden z ochotników z propozycją udania się do małej miejscowości pod Bucharą, w której znajdował się tak zwany kołchoz (sowchoz). On tam pracował jako buchalter i znał doskonale miejscowe warunki. W kołchozie był browar i fabryka napojów, między innymi kwasu chlebowego. Niestety, brakowało tam pracowników, gdyż wszystkich zabrano do wojska. Nie mieliśmy nic do stracenia, więc pojechaliśmy z Samkiem Lewinem. Buchalter przyjął nas w swoim domu, pokazał nam receptę na produkcję kwasu chlebowego. Mąka, chleb i słód. Żadna filozofia. Wzięliśmy butelkę, wsypaliśmy do niej trochę mąki i zalaliśmy wodą. Następnie wkruszyliśmy odrobinę chleba i... zaczęliśmy się zastanawiać, co to jest takiego ten słód. Sadząc po nazwie, musiało być coś słodkiego. A ponieważ było tu dużo suszonych moreli, zrobiliśmy z nich wywar i dodaliśmy go również do butelki. Butelkę wstawiliśmy do kanału wodnego służącego do nawadniania pól. Po dwóch dniach wyjęliśmy j¹ i sprawdziliśmy, co nam z tego wyszło. Zawartość była pieniąca się, a smak był nawet niezły. Zostaliśmy przedstawieni predsedatelowi przez buchaltera jako fachowcy – browarnicy. Nasi ojcowie (mój i Samka) byli browarnikami. Zaczęliśmy produkcję. Kombinowaliśmy, żeby mąki i chleba nam starczyło jeszcze na sprzedaż na czarnym rynku. Pewnego razu odwiedzili nas wysocy oficerowie i zażądali, abyśmy także i dla nich zrobili rodzaj czarnego piwa. Co robić? Jak robić? Przypomniałem sobie, że w Bucharze jest niejaki Pomeranz (jeśli mnie teraz pamięć nie myli), który wspominał swojego czasu, że miał browar. Dopiero teraz właśnie od niego się dowiedziałem, co to jest prawdziwy słód. Przystąpiliśmy do pracy z jęczmieniem, stanowiącym główny składnik słodu. Wiedzieliśmy już prawie wszystko, prócz tego, kiedy jest on gotowy do prażenia. Ale i z tym uporaliśmy się dość szybko dzięki pomocy jakiegoś znawcy. Medok wyszedł nam wspaniały. Nasi gospodarze byli nim zachwyceni i z miejsca zażądali, abyśmy również robili napoje wyskokowe.

Biorąc pod uwagę, że to wojna, trochę się baliśmy, że wpadniemy. Postanowiliśmy zgłosić się na ochotnika do wojska, a wtedy będą musieli nas zwolnić z pracy. Byliśmy pewni, ze wyslą nas do Buchary, a tam sobie poradzimy. Nasz plan się powiódł i odetchnęliśmy pełną piersią. W Bucharze podjąłem pracę u doktora Kobrynera. Jego matka, również dentystka, sama nie mogła sobie poradzić, gdyż jej syn (dr Kobryner) siedział w więzieniu (podobno za jakiś żart). Samek natomiast pracował razem z moim bratem. Zarabiałem bardzo dobrze. A na froncie zaszły kolosalne zmiany, Niemcy ponieśli klęskę pod Stalingradem i zostali wzięci do niewoli. Zaczął się odwrót sił niemieckich. Moje spojrzenie w przyszłość nabierało optymistycznych barw. Na czarnym rynku, mimo panującego niedostatku, można było nabyć za słone ceny prawie wszystko. Ludność Buchary składała się – według mojego rozeznania – z 70% Uzbeków-muzułmanów, 15% Rosjan i 15% Żydów bucharskich, którzy żyją tu od wieków ze swoją tradycją i wiarą. Jest tu dużo ciekawych zabytków, piękne minarety, meczety, kopuły. Budowa typowa dla średniej Azji.

Mieszkaliśmy niedaleko wieży śmierci, o której mówiono, że skazanych na śmierć zrzucano ze szczytu na kamienną posadzkę. Kwitło nasze życie towarzyskie. Muszę napisać parę słów o rodzinie Herszkowiczów. Ta para małżeńska: Dziadzia Grisza i jego żona Kiriusza z dwiema córkami Raja i Anią. Pochodzili z Besarabii. Wojna przygnała ich do Buchary. Nigdy ich nie zapomnę. Prości i bardzo gościnni ludzie, nadzwyczajni rodzice, o wielkich sercach. Byliśmy częstymi gośćmi w tym domu. Panowała tam zawsze atmosfera ciepła rodzinnego i serdeczności. Ania, pełna temperamentu i radości życia, jej siostra Raja – śliczna dziewczyna, wyszła za mąż za Lolka Cynamona. Niestety, Grisza Kiriusza i Ania już nie żyją, lecz w mojej pamięci pozostaną zawsze żywi. Natomiast z Rają i Lolkiem utrzymuję kontakt do dziś. Zaczęły się tworzyć pary. l tak Dunek ożenił się z Belą, Benek Wasserlauf z Dorą, Janek Mandel z Sala, Fajrek z Niunią. W naszym gronie towarzyskim było wiele, wiele osób, w tym też pełna wdzięku Dozia Tuchweld.

Był Sylwester. Bela zaprosiła swoja koleżankę z pracy, rosyjską Żydówkę na nasz wieczór towarzyski. Klara Weisblat, tak nazywała się ta koleżanka. Zacząłem się z nią spotykać coraz częściej i widocznie się zakochałem po same uszy. W następstwie tego rok później w Sylwestra 194/1945 wziąłem z nią ślub. Zbliżał się już koniec wojny, gdyż wojska rosyjskie wkroczyły do Polski.

Dr Kobryner został wezwany do Polski przez byłego ministra zdrowia. Ja objąłem cały gabinet dentystyczny.

Z Polski otrzymywałem coraz bardziej dramatyczne wiadomości o losach moich najbliższych. Miliony naszych współbraci zginęło śmiercią męczeńską. Każdy z nas liczył na jakiś cud – może akurat jego rodzina ocalała.

Koniec wojny był zarazem wesoły i smutny – żal po utracie bliskich był bardzo głęboki.

Jeszcze przez jakiś czas pozostałem w Bucharze, a potem wyjechaliśmy do Moskwy, aby załatwiæ moim teściom emigrację do Polski. Nasze starania spaliły jednak na panewce. Wyjechaliśmy do Kijowa. Ale z powodu różnego rodzaju trudności opuściliśmy to miasto i udaliśmy się do rodzinnego miasta Klary – Berdyczowa. Tam zostałem zatrudniony w szpitalu jako lekarz protetyk. Szybko zdobyłem sobie dobrą opinię lekarza, uznanie w oczach przełożonych oraz pacjentów. To wzbudzało zazdrość u moich kolegów-lekarzy ukraińskich. Na każdym kroku czułem wrogość i antysemityzm. Miejscowe władze nie wiedziały, że jestem w posiadaniu dokumentów uprawniających mnie do przekroczenia granicy do końca 1945 roku. Postanowiliśmy wyjechać do Polski. Klara odwiedziła jeszcze poselstwo polskie w Kijowie i w ostatnim dniu ważności papierów przekroczyliśmy granicę Rosji stając się tym samym mieszkańcami Polski. Niestety, po dwóch tygodniach opuściliśmy również Polskę. Wyjechaliśmy do Austrii, a w 1949 roku znaleźliśmy się w Izraelu, gdzie mieszkamy do dziś. Tu spotkałem się z Dunkiem i najstarszym bratem Lipkiem (w czasie wojny przebywał on w obozie zagłady). Czas upływa, a my się starzejemy. Dwa lata temu zmarł mój brat Dunek.

29.03.1990 r.

*

Postaram się opisać dalszy ciąg moich przeżyć bezpośrednio po drugiej wojnie oświatowej.

Rodzice mojej żony Klary obawiali się zwrócić do władz sowieckich o pozwolenie na wyjazd za granicę. Nauczeni doświadczeniem z poprzednich lat nie chcieli wywoływać tak zwanego wilka z lasu. Był to jednak ich błąd życiowy, fatalny w skutkach. Wszyscy ci, którzy złożyli prośby o takie zezwolenia, otrzymali je bez problemu. Warunkiem dla obywateli rosyjskich był ożenek z kimś, kto miał obywatelstwo polskie.

Mój bł.p. brat Dunek wraz z żoną wyjechali do Wilna. Prawie wszyscy nowo przyjezdni opuścili Bucharę i udali się w swoje rodzinne strony. Postanowiliśmy wyjechać do Moskwy. Mieliśmy cichą nadzieję, że właśnie tam uda nam się załatwić pozwolenie na wyjazd moim teściom. Wynajęliby pokoik na krótki czas. Po raz pierwszy jechaliśmy kolejką podziemną (moskiewskie metro). Całe metro zrobiło na nas kolosalne wrażenie, stacje utrzymane w czystości oraz piękna architektura. Przeszkadzały nam natomiast slogany komunistyczne oraz uśmiechnięta twarz Stalina.

I tu w Moskwie także nam się nie powiodło, nie otrzymaliśmy zgody na wyjazd dla moich teściów. Pojechaliśmy do Kijowa, bardzo zniszczonego działaniami wojennymi. A stamtąd już prosto do Berdyczewa, rodzinnego miasta Klary. Rodzice Klary spotkali tam wielu znajomych jeszcze sprzed wojny. Wynajęliśmy mieszkanie za niezbyt wygórowaną cenę i tak powoli zaczęliśmy się urządzać. Podjąłem pracę w swoim zawodzie. Nie przyznałem się nikomu, że jestem w posiadaniu papierów upoważniających mnie do wyjazdu do Polski. W dość krótkim czasie uzyskałem imię dobrego fachowca, co nie podobało się moim kolegom-lekarzom ukraińskim, a czego dawali wyraz na każdym niemal kroku. Był to czas stalinowski, ludzie żyli w ciągłym panicznym strachu, więc każdy donos uznawany był za dowód. Wystarczyło nawet, aby ktoś zauważył, że żyjemy na trochę wyższym poziomie – i skończylibyśmy w więzieniu. Cały czas z Polski napływają niepokojące wiadomości o losach mojej bliskiej rodziny. Słaba nadzieja, że ktoś z nich pozostał jeszcze przy życiu. Nie chciałem zostawić teściów samych, choć Klara była przeświadczona, że grozi nam niebezpieczeństwo. Jak wszyscy, baliśmy się donosu, gdyż ja pracowałem nielegalnie.

Zniecierpliwiona tymi obawami pojechała do Lwowa, aby się upewnić, czy nasze papiery na przekroczenie granicy maja jeszcze ważność. l tu nastąpiła wielka radość, gdyż okazało się, że mamy jeszcze trochę czasu, to znaczy do końca roku 1946, aby wyjechać do Polski. Tymczasem dostałem list od Dunka, który teraz mieszkał w Katowicach. Nie było rady. Postanowiliśmy, że jednak musimy opuścić rodziców Klary i wyjechać z Berdyczowa. Wszyscy naokoło byli przekonani, że ja mam obywatelstwo rosyjskie, więc w tajemnicy zabraliśmy ze sobą najpotrzebniejsze instrumenty dentystyczne, trochę rzeczy osobistych i 2000 rubli. Granicę rosyjsko-polską przekroczyliśmy w Przemyślu. Nasz pociąg byt prawie pusty. Do wagonu weszli celnicy dokonać odprawy celnej. Dokładnie przeszukali nasz bagaż. Skonfiskowali nam te 2000 rubli i oświadczyli, że jak nam się coś nie podoba, to możemy jechać z powrotem. Była godzina jedenasta w nocy. Na peronie stał tylko jeden pociąg towarowy gotowy do odjazdu w kierunku Krakowa. Nawet nam nie przyszło na myśl, że trzeba kupić bilety. Weszliśmy do wagonu zajmując miejsca w kącie. Było pełno ludzi, każdy z tobołkami i zapewne z biletami. Ale my, nawet mimo najszczerszych chęci, nie mogliśmy ich nabyć, po prostu nie dysponowaliśmy pieniędzmi. Około północy pociąg ruszył a do przedziału wszedł konduktor z latarka elektryczną, aby sprawdzić bilety. Zamiast biletów pokazałem mu dokument celny, w którym poświadczono konfiskatę 2000 rubli. Konduktor był wyrozumiały, lecz przestrzegał nas, że w dalszej części podróży może się zdarzyć jeszcze inna kontrola. Zostaliśmy w przedziale. Było bardzo zimno, przytuliliśmy się do siebie w milczeniu. Obok nas siedziała jakaś wieśniaczka, która opowiadała, że jakieś dwa, trzy dni temu na pobliskiej stacji pociąg się zatrzymał i weszli Ukraińcy, wyciągnęli wszystkich Żydów z pociągu i wymordowali ich w pobliskim lesie. Zrobiło nam się bardzo ciężko na duszy, ale odwrotu już nie było. I kolejna kontrola biletów, i znów pokazuję dokument, ale tym razem nie wzrusza to konduktorów. Byłem załamany. Gdybym musiał wysiąść na tej stacyjce, mój koniec byłby bliski. Zdjąłem zatem z palca złoty sygnet, który przedstawiał dla mnie olbrzymią wartość – nie tylko materialną – i podarowałem go konduktorowi w zamian za bilety. Muszę przyznać, że były to najdroższe bilety w moim życiu. Spokojnie przyjechaliśmy do Krakowa, gdzie spotkałem moją kuzynkę Hankę (Weiss). Opowiedziała mi o wstrząsającym zdarzeniu, jakie miało miejsce kilka dni temu w Nowym Targu. Wymordowano tam całą grupę Żydów powracających z obozów koncentracyjnych. To straszne, gdyż wśród nich byli moi koledzy: Lindenberg i Herz. Dotarliśmy do Katowic, bagaż zostawiłem w przechowalni, a sam udałem się w poszukiwaniu Dunka. Dowiedziałem się, ze wyjechał on do Niemiec. Zostaliśmy bez grosza przy duszy, bez dachu nad głową, w zupełnie obcym mieście, gdzie nie było żadnych znajomych, u których moglibyśmy się zatrzymać. Krążyliśmy bez celu po ulicach, nagle widzę szyld „Rotenberg Dentysta”. Byłem przekonany, sądząc po nazwisku, że to Żyd. Zadzwoniłem do drzwi. Ukazał się w nich sympatyczny pan i zaprosił nas do środka. On – polski Żyd, a jego żona Rosjanka. Ugościli nas jak się patrzy, nakarmili, zajęli się nami bardzo serdecznie. Podzieliłem się z nimi naszymi przeżyciami.

Klara została u nich w mieszkaniu, a ja poszedłem z Dawidem Rotenbergiem do Komitetu Żydowskiego. Otrzymałem tam zapomogę w wysokości 10 000 złotych. Nie sadziłem, że ta kwota może wystarczyć tylko na zapłacenie jednej nocy w hotelu. Myślałem, że jestem teraz bogaty...

W Katowicach mieszkał (jak się później okazało) mój kuzyn Bubi Krakowski. Wszedłem z nim w kontakt; zostaliśmy zaproszeni do niego na sobotni obiad. Moja Klara była w „szoku”, pierwszy raz w życiu jadła rybę faszerowana na słodko, a do mięsa ogórki kwaśno-słodkie. Wkrótce dostaliśmy mieszkanie od Komitetu Żydowskiego, chronione przez uzbrojonych strażników przez całą dobę. Był to przygnębiający widok. Pojechałem do Warszawy, aby się spotkać z dr. Kobrynerem. Pamiętam, że jego matka, widząc mnie zmarzniętego do szpiku kości, kazała synowi zdjąć ciepły sweter i podarowała mi go. Był bardzo zimny styczeń. Dr Kobryner był już w tym czasie naczelnym lekarzem w prezydium rady ministrów. Zawdzięczał to swojemu koledze szkolnemu, który piastował wówczas urząd ministra zdrowia. Otrzymałem propozycję wprost oszołamiającą. Dostanę milion złotych, aby wyjechać na tereny zabrane od Niemców i kupić nowoczesny sprzęt dentystyczny. Dr Sztucki ma załatwić dla nas mieszkanie w Warszawie, a ja będę pracował trzy godziny dziennie razem z dr. Kobrynerem w rządowej klinice dentystycznej. Brzmiało naprawdę fantastycznie. Do tego mogłem otworzyć też praktykę prywatną. Był jednak jeden warunek – abym zmienił swoje nazwisko na bardziej polskie. Byłem pod silnym wrażeniem i zgodziłem się na wszystko. Wracając do Katowic znalazłem w swojej kieszeni zwitek pieniędzy, które dała mi matka dr. Kobrynera. W pociągu drzemałem. Usłyszałem jednak jedno zdanie: „I znowu te Żydki zajmują naczelne stanowiska, myślą, że jak zmienił nazwisko na polskie, to my ich nie znajdziemy. Znajdziemy, znajdziemy – postawimy pod ścianą i rozstrzelamy” – rozmawiali między sobą dwaj młodzieńcy. Opowiedziałem Klarze o wszystkim ze szczegó³ami. Pieniądze odesłałem do Warszawy. Zgłosiliśmy się, po namyśle, jako nielegalni emigranci do Austrii. Istniała taka możliwość. Klara była w pierwszych miesiącach ciąży. Była sroga zima, ale nas to nie wystraszyło. Przedzieraliśmy się powoli przez Polskę, Czechosłowację a następnie pociągami do Wiednia. Znaleźliśmy się w obozie dla uchodźców – ocalałych z zagłady Żydów – w mieście Steyr. Znów zacząłem szukać pracy w moim zawodzie. Obiecano mi, że w najbliższej przyszłości dostanę posadę w przychodni dentystycznej. Ludność austriacka sprzedawała różne kosztowności, aby móc za to kupić żywność na czarnym rynku. Nam w obozie jedzenia nie brakowało. Mieszkańcy obozu wykorzystywali ten fakt i w zamian za żywność załatwiali sobie papierosy, czekolady i inne wspaniałości. Ja nigdy nie przejawiałem żadnych zdolności kupieckich. Przynosili mi ludzie do wyceny różne wyroby ze złota, a ja nigdy nie wziąłem ani grosza za usługę. Klara (w ciąży) nie czuła się dobrze. Mieszkaliśmy w kilka rodzin w jednym mieszkaniu i to ją krępowało. Ponadto mieszkał z nami niejaki Grunszpon, ortodoksyjny Żyd, który nie dawał nam spokoju ze swoimi mądrościami: a to, że w Izraelu będziemy mieć kłopoty, bo nie mamy ślubu religijnego, a to, że dziecko w przyszłości też będzie miało z tego tytułu kłopoty. Wzięliśmy sobie do serca jego uwagi i załatwiliśmy sobie w rabinacie (za odpowiednią opłatą!) ślub religijny. Na początku 1947 roku przyszła na świat nasza córka Sarenka „Ajala”. Po porodzie dostaliśmy własny pokoik. Klara zrobiła z tego pokoiku cacko. Było czysto i pięknie. W kąciku urządziłem malutki gabinecik dentystyczny. W tym czasie przyjechała do naszego obozu delegacja UNRA ze Stanów Zjednoczonych. Naczelnik obozu przyprowadził ich do naszego mieszkania, bardzo im się podobał panujący w nim ład i porządek. Ja akurat miałem pacjenta na fotelu. Zachwyceni sterylnymi warunkami, w jakich pracuję, zaproponowali mi pracę w szpitalu na oddziale dentystycznym. I w ten sposób przeprowadziliśmy się do obozu znajdującego się na peryferiach miasta Linz. Dostaliśmy mieszkanie w baraku, gdzie mieszkał cały personel lekarski. Naczelnym lekarzem szpitala był dr Jakira, dziś mieszkający w Hafieie (były naczelny lekarz Histadrutu haifskiego w Kupat Cholim, w tej chwili pensjoner).

Zaprzyjaźniłem się z dwoma aptekarzami, niejakim Flokstiumpfem i Kogosowskim. Ten drugi do dziś jest moim pacjentem. Natomiast Flokstrumpf nie żyje od piętnastu lat. W gabinecie pracowałem z lekarzem dużo starszym ode mnie, który nie wiedział nawet, jak wiele się od niego nauczyłem. Dostawaliśmy dyrektywy – biuletyny z centrali w Monachium. Brakowało lekarstw. Brakowało literatury fachowej. W Linzu odwiedziłem bibliotekę uniwersytecką,

z której otrzymałem moc książek o stomatologii. Znajomość języka była mi bardzo pomocna w rozumieniu tych dzieł, w których była mowa o wszelkich zmianach i nowościach w medycynie, zwłaszcza w dentystyce. Rychło zyskałem sobie uznanie i cały personel był na liście moich pacjentów.

Marzeniem moim i ambicją były studia medyczne. Każdą wolną chwilę spędzałem nad książką. Nie opuściłem wykładów i prelekcji odbywających się w Instytucie Dentystyki w Linzu. Intensywnie przygotowywałem się do samodzielnej pracy w Izraelu.

Moja kondycja fizyczna była w bardzo dobrym stanie. Brałem udział w zawodach ping-pongowych dochodząc aż do finału w Salzburgu. Zająłem tam drugie miejsce, a nagrodą było pokaźna gotówka. Za te pieniądze Klara kupiła wózek dla dziecka. Nasza Sarenka, zawsze cudnie ubrana, z dnia na dzień przynosiła nam coraz więcej radości.

Nawiązałem kontakt listowy z bł. p. Dunkiem. Okazało się, że będąc w Niemczech spotkał mego kuzyna (syna brata mego ojca), który w domu nazywał się Elijahu Goldberg, a teraz zmienił nazwisko na Elio Romano. Był scenarzystą. Chciałem również zamieszkać w Niemczech, ale to było nie do załatwienia. Mój najstarszy brat Lipek napisał do mnie z Palestyny, że przeżył całą wojnę w obozach koncentracyjnych. Amerykanie oswobodzili obóz Mauthausen, niedaleko Linza, i uwolnili wszystkich więźniów. Lipek teraz mieszka w Naharyi. Ja nadal pracowałem w szpitalu, a w wolnych chwilach brałem moją córeczkę Sarenkę na spacer. Zajmowałem się nią bardzo dużo, bo Klara bała się ją wziąć na ręce, a do moich rąk miała duże zaufanie. W naszym mieszkaniu było czysto i schludnie, a Sarenka zawsze wyglądała jak laleczka. Moim życiowym celem było pojechać do Palestyny i spotkać się z braćmi. Dowiedziałem się nawet, że w Tel Awiwie mam rodzonego wujka ze strony ojca. Wiązałem z nim duże nadzieje, gdyż był właścicielem fabryki transformatorów.

Maj 1948 rok. Zostaje ogłoszona deklaracja Ben Guriona o utworzeniu Państwa Izrael. Wreszcie mamy już swój kraj i każdy Żyd, bez względu na to, gdzie by nie był, może przyjechać do swojego kraju. Nasza radość zmącona była wieściami o tym, że wojska arabskie prowadzą walki na terenie Izraela. Żyliśmy w ciągłym napięciu. Mieliśmy jednak nadzieję, że wojsko izraelskie poradzi sobie z tym. I te nadzieje się spełniły. Walki zakończono.

Był rok 1949. Nadszedł czas przygotowań do wyjazdu do Izraela. Moje marzenia wreszcie się spełniły. Byliśmy w podróży do Izraela. Najpierw pociągiem do Włoch, a po kilku dniach oczekiwania w porcie Baari wchodzimy na pokład okrętu „Galilea”. Zajmujemy małą kajutę. Była to moja pierwsza podróż okrętem po morzu. Wiedziałem, że istnieje choroba morska, na którą cierpiało wielu pasażerów, ale nas jakoś nie dotknęła. Nasze samopoczucie było wspaniałe. Po każdym posiłku dostawaliśmy po jednej pomarańczy „Jaffa”, które bardzo nam smakowały. Rejs trwał kilka dni, po czym przybiliśmy do portu w Haifie. Było to tuż przed świętami Pesach. W porcie oczekiwał nas obozowy kolega, który do Haify dotarł poprzednim transportem. Przenocowaliśmy

w jego mieszkaniu, a na drugi dzień wyjechaliśmy do Naharyi, aby czym prędzej spotkać się z moim bratem Lipkiem. Lipek z żona Ester mieszkał przed wjazdem do Naharyi w domku na wzgórzu. Wokół domu śliczny ogród pełen kwiatów, trawniki i drzewa owocowe. Dużo miłości i trudu wkładała Ester, by utrzymać to w takim porządku.

Wszystko było już przygotowane do Sederu. Radość z naszego spotkania nawet dziś trudno mi jest wyrazić słowami. Lipek przeżył gehennę w obozie koncentracyjnym. Potem, w 1945 roku dostał się do Palestyny. Był w stanie kompletnego załamania. Dotarł do kibucu w Galilu. Tam zajęła się nim troskliwie dziewczyna o imieniu Ester, przywracając mu zdrowie i siły. Ta sama Ester potem została jego żoną. Moja córka miała tam idealne warunki. Miejsce spokojne, na peryferiach miasteczka, z dala od ruchu miejskiego, w otoczeniu bliskich i kochających osób. W otoczeniu rodziny. Do miasta, liczącego wówczas zaledwie kilka tysięcy mieszkańców, dojeżdżałem rowerem. Taki był urok początków życia w Izraelu.

Aktualizacja: 28-07-2010r.
Oglądane: 4215 razy

Print Wersja do druku
Inne podstrony z tej kategorii:








Urząd Miasta Nowy Targ, 34-400 Nowy Targ ul. Krzywa 1, tel. 18 2611200
© 2009 Informatyka - Jeżeli widzisz błąd na stronie napisz o tym do nas
Polityka cookies i innych podobnych technologii
SLE